czwartek, 7 grudnia 2017

'Emotki. Film' (The Emoji Movie, 2017) - film

 


Komedia „Emotki. Film” odkrywa przed nami sekretny świat naszych smartphone’ów. Ukryte za aplikacją, z której korzystamy, wysyłając wiadomości, gwarne miasto Tekstopolis to miejsce, w którym mieszkają i pracują emotki. Każda z nich ma określone zadanie i jedną konkretną emocję, którą wyraża. Każda oprócz Minka – żywiołowej, energetycznej emotki, która potrafi wyrazić wszystkie emocje. Niestety, wada zagraża całemu telefonowi, dlatego Minek łączy siły z najlepszym przyjacielem – „Piątką” i super-hakerką Matrix, by powstrzymać nadchodzącą katastrofę. Wspólnie wyruszają w wielką, pełną niespodzianek i przygód podróż po zakamarkach aplikacji, by ocalić Tekstopolis.





     Już przez dość długi czas nie oglądałam animacji, a jako, że je uwielbiam to postanowiłam nadrobić swoje zaległości. Tym razem padło na produkcję "Emotki. Film". Niewiele o niej wcześniej słyszałam, a jeśli już to nie były to zbyt pochlebne opinie. Postanowiłam jednak sama się przekonać co to za cudo, choć nie jestem pewna czy faktycznie było warto...
     Minek to pewna anomalia wśród emotek, co niestety nie jest zbyt mile widziane w jego otoczeniu. Nie potrafi on sobie z tym do końca poradzić, a niestety nie ma wsparcia u swoich rodziców. Przyznam się, że po animacji spodziewałam się czegoś weselszego, z większym morałem. Często właśnie w tego typ filmach przemycane są pewne wartości, które warto wpajać od najmłodszych lat, jednak tutaj mi trochę tego zabrakło. Fakt, możemy tutaj znaleźć kilka sytuacji godnych do naśladowania przedstawionych w niezbyt nachalny sposób. Nie mogę jednak napisać, że zrobiły one na mnie jakoś ogromnie pozytywne wrażenie. Również nie jestem pewna czy można nazwać tę animację komedią, gdyż podczas seansu niestety nie bawiłam się aż tak dobrze jak bym tego chciała. Prawdopodobnie nic nie przebije "Shreka", który postawił poprzeczkę bardzo wysoko.
     Miałam tę przyjemność obejrzenia "Emotek" w wersji z polskim dubbingiem. Przyznam, że został on zrobiony bardzo dobrze, choć nie mam porównania do wersji oryginalnej. Niestety nie jestem w stanie porównać ile tekstu zostało zmienionego i nie jestem pewna czy chcę to sprawdzać.
     Nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań co do tej animacji, jednak nie zachwyciła mnie ona niczym szczególnym. Ot, po prostu zabijacz czasu, gdy nie do końca wiemy co ze sobą zrobić. Źle nie jest jednak mogło być też lepiej. W tym przypadku, o dziwo, wpisuję się idealnie w większość tych średnich zachwytów nad tą animacją.
     Moja ocena: 5/10.

wtorek, 5 grudnia 2017

"Światło" Jay Asher



Sierra prowadzi podwójne życie, a jego rytm wyznaczają święta Bożego Narodzenia. Jedno to życie w Oregonie, przy plantacji drzewek choinkowych, którą prowadzi jej rodzina. Drugie to życie świąteczne, kiedy przychodzi czas ich sprzedaży i wszyscy przenoszą się na miesiąc do Kalifornii. Gdy podczas jednej ze świątecznych podróży poznaje Caleba, wszystko się zmienia.
Calebowi daleko do idealnego chłopaka. Kiedyś popełnił ogromny błąd, którego cenę wciąż płaci. Sierra potrafi w nim jednak zobaczyć coś więcej niż jego przeszłość i jest gotowa zrobić wszystko, by pomóc mu odzyskać wiarę w siebie. 
Sierra i Caleb odkrywają coś, co może przezwyciężyć nieporozumienia, podejrzliwość i niechęć, które narastają wokół nich: prawdziwą miłość. 
Opis książki





Autor: Jay Asher
Tytuł oryginalny: What Light
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Smulewska Maria
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: dziecięca, młodzieżowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2016
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 276



     Książkę "Światło" zaczęłam czytać na przełomie listopada i grudnia, gdy wreszcie zaczął u nas padać śnieg. Może niektórzy nie są zbytnio z tego faktu zadowoleni, jednak dla mnie był to idealny moment na zaczęcie powieści ze Świętami w tle. Dwie inne pozycje Jaya Ashera już za mną i naprawdę mi się spodobały, więc z ogromną chęcią zabrałam się za lekturę tej powieści.
     Sierra to nastolatka, której rytm życia wyznaczają grudniowe Święta. Wraz z rodzicami prowadzi plantację choinek i co roku, kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem wyjeżdżają do Kalifornii je sprzedawać. Natomiast Caleb to nastoletni chłopak, który ma za sobą dość nieprzyjemną przeszłość, a plotki jakie nagromadziły się na jego temat, nie dają czasami spokojnie żyć. Gdy spotykają się razem ich podejście do otaczającego ich świata może ulec metamorfozie. Zanim zaczęłam czytać tę powieść wiedziałam, że jest ona skierowana bardziej do nastolatków aniżeli do starszych odbiorców. Nie przeszkadzało mi to, gdyż miałam po prostu ochotę na coś 'lżejszego', a zarazem nie na tyle durnego abym podczas lektury była nią sfrustrowana. Na kartach tej powieści znajdziemy przyjemną historię miłosną dwojga nastolatków. Nie jest to jednak byle jaka historia - na tle innych tego typu powieści ta wydaje się nad wyraz dojrzała i mało irytująca. Przyjemnie spędziłam swój czas i wreszcie nie żałuję, że sięgnęłam po kolejną młodzieżówkę.
     Bohaterów jest mi ciężko odpowiednio ocenić. Podczas lektury miałam momentami wrażenie, że nie czytam o nastolatkach tylko o trochę starszych ludziach. Główne postacie, czyli Sierra i Caleb, byli momentami aż zanadto dojrzali jak na swój wiek, a niektóre ich zachowania mogłabym również przypisać czterdziestolatkom. Choć były również sytuacje gdy zachowywali się jakby nie skończyli nawet lat pięciu. Bardzo mało było momentów podczas których byli faktycznie nastolatkami, popadając z jednej skrajności w drugą.
     O stylu autora nie jestem pewna cóż więcej mogę napisać oprócz tego co już stworzyłam przy poprzednich jego książkach. Przyznam, że odpowiada mi sposób w jaki konstruuje swoje powieści i za każdym razem nie mogę się oderwać od lektury. Gdyby nie inne obowiązki to bym czytała dopóki nie zobaczę ostatniej kropki. Jedyną drobną różnicą jaką zauważyłam w porównaniu do "13 powodów" oraz "Ty, ja i fejs" jest bardziej młodzieżowy język. Patrząc jednak na sam typ powieści oraz fakt do jakiego czytelnika jest ona głównie skierowana nie jest to dla mnie problemem.
     Wydanie, które miałam przyjemność czytać było w wersji papierowej. Znów jedyną wadą może być tylko to, że strony są klejone a nie szyte. Mam jednak nadzieję, że klej przetrwa na tyle długo abym mogła czytać tę powieść przed każdymi następnymi Świętami Bożego Narodzenia. Bardzo spodobał mi się wykropkowany tytuł, co zostało również wykorzystane  w środku przy każdym rozdziale. Urocze były również małe choinki w środku, dzięki czemu cała szata graficzna tworzyła spójną całość. Bardzo rzadko treść oraz samo wydanie książki tak ze sobą współgra. Miękka okładka ze skrzydełkami dobrze trzymała się w rękach a wykorzystany papier oraz czcionka nie męczyły oczu podczas lektury. I ten cudowny zapach! Niuchacze książek mogą być zachwyceni, a ja nie pogniewałabym się gdyby ktoś stworzył wreszcie takie perfumy :).
     Moim zdaniem "Światło" jest idealną książką w okresie przedświątecznym dla każdego, kto chce się wprawić w odpowiedni nastrój. Może być również bardzo dobrym drobnym upominkiem dla wszystkich czytelników niezależnie od wieku obdarowanego. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się przeczytać ją ponownie, znów w grudniu gdy za oknem będzie padał śnieg.
     Moja ocena: 7/10.


Za możliwość przeczytania tej powieści dziękuję Wydawnictwu Rebis.

niedziela, 3 grudnia 2017

'Śniadanie do łóżka' (2010) - film




Zdolny, choć pechowy kucharz Piotr ku swemu zaskoczeniu trafia na okładkę poczytnego magazynu i z dnia na dzień zostaje celebrytą. Sesja zdjęciowa przynosi mu sławę i... miłość. Piotr zakochuje się bez pamięci w ponętnej stylistce Marcie, jednak jego była narzeczona Ewa - szefowa działu mody magazynu i przełożona Marty – jest gotowa na wszystko, aby odzyskać względy utalentowanego eks-faceta. Piotra z kolejnych opresji wyciąga jego niezawodny kumpel Konrad - koneser japońskiej kuchni i japońskich kobiet. Czy kulinarny geniusz okaże się również wirtuozem sztuki kochania? 






     "Śniadanie do łóżka" to polska komedia romantyczna z Piotrem Adamczykiem i Tomaszem Karolakiem w rolach głównych. Zasadniczo po tym jednym zdaniu możemy się domyślić co dostaniemy w tej produkcji. Postanowiłam jednak dać jeszcze jedną szansę polskim komediom aby sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak źle jak to utkwiło w mojej głowie.
     Pewne zawirowania w życiu kucharza Piotra sprawiają, że nie może on żyć spokojnie. Gdy dowiaduje się, że jego żona go zdradza na jego drodze pojawia się piękna Marta. Jak to w przypadku komedii romantycznych bywa bohaterowie początkowo się nienawidzą, aby wreszcie dotrzeć się między sobą i zakochać. Zapewne mało kogo zdziwi, że również i tutaj pojawia się ten schemat. Niestety dla mnie ta produkcja była do bólu przewidywalna i niewiele wniosła nowego na rynek. Miałam nadzieję, że wreszcie coś się zmieni i odnajdę w takich filmach coś nowego, co niestety znów się nie udało. Jedynym elementem jaki mogłabym zaliczyć na plus były ładne potrawy, wyglądające naprawdę smacznie, które kiedyś sama miałabym ochotę przetestować w swojej kuchni.
     Gra aktorska - nie mogę napisać, że czymkolwiek mnie zachwyciła abym mogła się dłużej rozpisywać. Wiem, że to może być śmieszne podejście jednak mam kilku aktorów, których unikam w różnych produkcjach jak ognia. Chociaż co dziwne to widzę już małe światełko w tunelu, gdyż odtwórcy głównych męskich ról nie irytowali mnie już samym swoim wystąpieniem w tym filmie.
     Jednym z elementów o którym bardzo rzadko wspominam w recenzjach filmowych jest muzyka. Tutaj muszę jednak zaznaczyć, że jestem pozytywnie zaskoczona doborem piosenek jakie zostały wykorzystane w tej produkcji. Możemy usłyszeć tutaj utwory takich wykonawców jak John Legend, którego lubię słuchać. Może nie wszystkie piosenki mnie zauroczyły, lecz większość miała swój urok dzięki czemu film był bardziej znośny.
     Jestem pewna, że nie będę oglądać tego filmu ponownie. Muzyka to niestety nie wszystko i nie uratuje ona schematycznej produkcji, w przypadku której już od pierwszych minut wiadomo jak się skończy. Możliwe, że fani komedii romantycznych zakochają się w tym filmie i to głównie tylko im mogę go polecić. Pozostałym widzom odradzam zabieranie się za oglądanie tej, ponoć "niegrzecznej", realizacji.
     Moja ocena: 4/10.

piątek, 1 grudnia 2017

"Dziedzictwo Orchana" Aline Ohanesian




Kiedy Kemal - ekscentryczny dziadek Orchana i twórca potężnej dynastii zajmującej się wyplataniem tradycyjnych kilimów - zostaje znaleziony martwy, wnuk dziedziczy po nim prężnie działający interes.
Otwarcie pełnego testamentu zrodzi jednak szereg trudnych pytań. Okaże się, że rodzinny dom został zapisany nikomu nieznanej kobiecie, przebywającej w domu starości w Los Angeles.
Orchan, próbując dociec motywów takiego postępowania, kupuje bilet na najbliższy lot do Los Angeles. To w tym mieście odkryje tajemnicę głęboko skrywaną przez osiemdziesięciosiedmioletnią Sedę - tajemnicę, która zatrzęsie posadami stabilnej codzienności Orchana.
Opis książki






Autor: Aline Ohanesian
Tytuł oryginalny: Orhan's Inheritance
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Minczewska-Przeczek Anna
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura zagraniczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2015
Rok pierwszego wydania polskiego: 2016
Liczba stron: 360



     "Dziedzictwo Orchana" to książka, która miała swoją premierę w 2016 roku. Po wielu opiniach z którymi miałam styczność postanowiłam zakupić własny egzemplarz. Pomimo, że już kilkukrotnie planowałam ją przeczytać to dopiero teraz, po roku od jej zakupu, udało mi się wreszcie za nią zabrać. Będąc już po jej przeczytaniu nie rozumiem sama siebie czemu zrobiłam to tak późno.
     Orchan po śmierci swojego dziadka wyjeżdża w poszukiwaniu kobiety, której jego krewny zapisał w testamencie dom. Dość długo po lekturze tej powieści zastanawiałam się o czym powinnam wspomnieć w tym wpisie. Historia według mnie jest dość ciężkiego kalibru, o której trudno będzie mi zapomnieć. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością a jednym z głównych motywów jest ludobójstwo Ormian w Turcji, siła miłości oraz moc przyjaźni, która przybiera różne formy. Wydarzenia opisane na kartach tej powieści są pełne niedopowiedzeń, jednak czytając czujemy całe okrucieństwo i cierpienie bohaterów. Wiele sytuacji wywoływało we mnie skrajne emocje i przeżywałam wszystko dość intensywnie. Nie jest to jednak powieść bazująca jedynie na emocjach czytelnika. Moim zdaniem to co się tutaj działo może niektórych zachęcić do głębszego zapoznania się z problemem, który możemy tutaj w pewnym stopniu jedynie liznąć. Wiem, że ciężko nazwać tę książkę historyczną, jednak uczula ona w jakimś stopniu na to co, się kiedyś działo i jak mogło wpłynąć to na dany naród.
     Bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Pomimo ich mnogości bez problemu możemy odróżnić jednego od drugiego. Jednak same postacie nie są na tyle oczywiste aby móc przypiąć im tylko jedną łatkę i się jej trzymać do końca opowieści. Moje odczucia wobec tych osób rozwijały się we mnie wraz z samym rozwojem sytuacji. Styl autorki bardzo mi przypasował. Choć porusza ona trudne tematy robi to w bardzo lekki sposób, dzięki czemu możemy odnieść wrażenie, ze po prostu płyniemy przez tę książkę. Z jednej strony nie mogłam się oderwać od lektury, z drugiej natomiast bałam się tego co może ze mną zrobić zbyt duża ilość tego co mogłam tutaj znaleźć.
     Wydanie, które zakupiłam i czytałam było w wersji papierowej. Znów jednym z głównych moich zarzutów co do formy wydania są klejone strony. Rzuciło mi się również kilka literówek, które wręcz raziły mnie w oczy. Gdyby to był jeden błąd prawdopodobnie nawet bym nie zwróciła uwagi, niestety przy większej ilości zaczyna być to trochę denerwujące. Jednak miękka okładka ze skrzydełkami, które nie utrudniały czytania, wykorzystany papier który nie raził w oczy oraz odpowiednia czcionka stworzyły całkiem przyzwoitą całość, którą dobrze trzymało mi się w ręku i pozwalało zatopić w lekturze.
     Moim zdaniem książka "Dziedzictwo Orchana" jest jedną z lepszych z którymi miałam styczność w tym roku. Ma ona pewne wady, jednak uważam, że na długo pozostanie w mojej głowie i jeszcze kiedyś do niej jeszcze raz powrócę. Jeśli jeszcze nie czytaliście tej pozycji to gorąco zachęcam Was do nadrobienia. Mam nadzieję, że również na Was zrobi ta historia tak duże wrażenie jak na mnie.
     Moja ocena: 8/10.

środa, 29 listopada 2017

Stosik książkowy 11/2017

Kończy się listopad, dla mnie jeden z najsmutniejszych miesięcy. Jednak nie mogło również i w tym miesiącu zabraknąć nowych książek. Nie ma ich dużo, jednak kilka do mnie dotarło

Książki papierowe:


"To, co zostawiła" Ellen Marie Wiseman
"Gra anioła" Carlos Ruiz Zafón

"Grę anioła" mam już na swojej półce, jednak jedynie w miękkiej okładce. Resztę książek tego autora mam w twardej oprawie, a ta odstawała od reszty. Może i dziwna wymówka do zakupu książki ale zawsze jakaś jest. W przypadku "To, co zostawiła" widziałam wiele pozytywnych recenzji oraz sam opis wydał mi się na tyle ciekawy, że musiałam ją mieć również i ja w swojej biblioteczce.


E-booki:


"Dyskretne szaleństwo" Mindy McGinnis
"Tulipanowa gorączka" Deborah Moggach
"Angielka" Katherine Webb

Każda z tych książek czymś mnie zainteresowała, jednak nie byłam pewna czy chce mieć je na półce w wersji papierowej. Po ich przeczytaniu zobaczę, czy są warte zakupienia ich w innej wersji niż tylko e-book.


W tym miesiącu dostałam również dwie książki od Wydawnictwa Rebis:


"Światło" Jay Asher
"Ty, ja i fejs" Jay Asher, Carolyn Mackler [RECENZJA]

"13 powodów" Ashera bardzo mi się spodobało, dlatego też jestem ogromnie ciekawa pozostałych jego książek. Recenzję "Ty, ja i fejs" można już przeczytać na moim blogu.


A co u Was w tym miesiącu wpadło do waszej biblioteczki? Przyznam, że uwielbiam oglądać tego typu posty więc zachęcam do dzielenia się linkami do swoich zdobyczy :).

poniedziałek, 27 listopada 2017

'Mojave Moon' (1996) - film







Al McCord spotyka młodą dziewczynę Ellie w lokalnej knajpie. Zabiera ją do swojego apartamentu, jednak dziewczyna chce jechać do domu. Al zgadza się na podróż i razem jadą z Los Angeles na Pustynię Mojave. Tu dopiero zaczyna się ich przygoda, gdyż Al nie spodziewa się, że dziewczyna zakocha się w nim, a on sam obdarzy uczuciem jej matkę. 







     Na film "Mojave Moon" skusiłam się tylko ze względu na to, że gra w nim Angelina Jolie. Ocena tej produkcji nie była zbyt wysoka, jednak miałam ochotę sprawdzić, jak poradziła sobie aktorka w jednej z pierwszych swoich ról. Po seansie nie dziwię się już, że sam film nie jest zbyt popularny ani doceniany.
     Fabuła tego filmu jest moim zdaniem mało treściwa. Nic, poza tym co możemy znaleźć w opisie przedstawionym powyżej, nie jestem w stanie Wam dodatkowo napisać. Historia dłużyła mi się, nie potrafiłam wciągnąć się w to co się tutaj działo. Oglądałam, żeby po prostu obejrzeć, z nadzieją na to aby mnie wreszcie czymś zaskoczył. Niestety to się nie udało. Nawet widoki, które mogły być obiecujące nie zachwyciły mnie na tyle abym rozpamiętywała je i chciała udać się w tamte rejony na wycieczkę.
     Gra aktorska nie powaliła mnie na kolana. Może miałam zbyt duże oczekiwania co do niektórych nazwisk, jednak nawet sama Angelina Jolie nie wypadła tak genialnie jak w innych swoich rolach. Pozostali aktorzy niestety nie wyróżnili się według mnie niczym szczególnym. Nie polubiłam ich na tyle abym miała ochotę obejrzeć inne filmu z ich udziałem tylko ze względu na ich obecność.
     Ta notka nie należy do najdłuższych na moim blogu. Jednak były tutaj takie flaki z olejem, że nie potrafię z tego nic więcej stworzyć. Chciałabym móc napisać coś jeszcze ale po prostu mi się to nie udaje. Zapewne znajdzie ta produkcja swoich zwolenników, jednak ja do tej grupy nie należę.
     Moja ocena: 5/10.

sobota, 25 listopada 2017

"Ty, ja i fejs" Jay Asher, Carolyn Mackler


Nie byłoby tej całej historii, gdyby nie facet, rzecz jasna. Josh najpierw zepsuł w ich relacjach wszystko (totalnie!), a teraz jeszcze dał Emmie link do tego nieszczęsnego fejsa...
 Przede wszystkim trzeba wam wiedzieć, że jest rok 1996 i kiedy Emma włącza przeglądarkę, wpisuje adres: "www.facebook.com" i się loguje - patrzy w przyszłość. Przegląda swoje aktualne wpisy (i to aktualne jak diabli, bo sięgające aż piętnaście lat do przodu), by sprawdzić, co się zmieniło. Jaki ma status związku? Kto tym razem dzieli z nią życie, no i najważniejsze - czy jest szczęśliwa?
Ciekawość sprawia, że Emma igra z losem - eksperymentuje z teraźniejszością, by przyszłość uległa fascynującym przemianom. Co później? "Zaloguj", "Odśwież". Nowi partnerzy i nowe dorosłe rozterki. Początkowo to wszystko ją kręci, ale sami rozumiecie - co za dużo...
Opis książki





Autor: Jay Asher, Carolyn Mackler
Tytuł oryginalny: The Future of Us
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Smulewska Maria
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: dziecięca, młodzieżowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2011
Rok pierwszego wydania polskiego: 2012
Liczba stron: 360



     "Ty, ja i fejs" to kolejna pozycja Ashera, którą w tym roku przeczytałam. Po bardzo udanych, przynajmniej w moim odczuciu, "13 powodach" tego autora, byłam ogromnie ciekawa innych jego powieści. Tym razem Jasy Asher wraz z Carolyn Mackler stworzyli historię z bardzo popularnym portalem w tle. Jak twierdzą niektórzy - "jeśli nie masz konta na facebook'u to nie istniejesz".
     Jest rok 1996, gdy dostęp do internetu nie jest jeszcze tak powszechny, a znany portal społecznościowy, czyli facebook, jeszcze nie istnieje. Emma i Josh to nastolatkowie, którzy są sąsiadami, chodzą do tej samej szkoły i mają wspólnych znajomych. Emma dostaje od swojego ojca komputer i jako jedna z nielicznych ma już łącze internetowe. Przypadkowo trafia na portal z niebieskim logo, gdzie widzi swoją przyszłość - piętnaście lat do przodu. Widząc to co ją czeka igra z losem w swoim nastoletnim życiu, aby być jeszcze szczęśliwa za te piętnaście lat. To co wyprawiają główni bohaterowie niektórych może burzyć, innych śmieszyć, a jeszcze kolejna grupa będzie doskonale rozumieć działania tej dwójki. W zasadzie kto by nie chciał móc zmienić swojej przyszłości, jeśli wie, że nie będzie ona usłana różami? Albo zrobić wszystkiego co tylko się da aby doprowadzić do naszej świetlanej przyszłości? Kwestia tylko tego w jaki sposób to robimy i czy zamierzamy przy okazji skrzywdzić innych...
     Bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Można odczuć, że nastolatkowie faktycznie zachowywali się jak nastolatkowie, a nie jak sędziwi staruszkowie, czy trzyletnie dzieci. Całe szczęście nie były wciskane w ich czyny czy słowa rzeczy nieadekwatne do ich faktycznego wieku. Może jedynie za mało było dla mnie przedstawionej relacji dzieci-rodzice. Właściwie może to mi brakowało więcej postaci tych dorosłych, ich reakcji na sam internet w tamtych czasach. Chociaż może po prostu jeszcze nie byli oni wtedy na tyle wrażliwi czy świadomi tego co można znaleźć w zakamarkach internetu.
     Styl autorów bardzo przyjemny w odbiorze. Podczas lektury nie odczułam żadnych zmian w sposobie opisywania wydarzeń, obyło się bez nierówności w stylu tworzenia fabuły. Pomimo, że historia była przedstawiona naprzemienne z perspektywy Josha i Emmy to podczas czytania nie było mi trudno przestawić się na daną osobę. Przejścia były na tyle płynne, że ciągłe zmiany nie były problemem. Same rozdziały nie były zbyt długie, dzięki czemu mogliśmy poznać bardzo dobrze uczucia zarówno Josha jak i Emmy, z tych samych wydarzeń, ich spojrzenie na daną sytuację.
     Wydanie - książkę czytałam w wersji papierowej. Jedynym minusem, który zaobserwowałam to klejone strony, choć mam nadzieję, że sam specyfik do tego użyty wytrzyma dość długo. Ja osobiście zbytnio nie przepadam za tym rozwiązaniem, choć znam osoby, które nawet nie zwracają na to uwagi. Mówi się też, żeby nie oceniać książki po okładce, jednak mam akurat to wydanie z okładką przedstawioną powyżej, a nie tą pierwszą. I akurat ta grafika dużo bardziej mi się podoba niż poprzednia. Sam papier czy zastosowana czcionka zostały bardzo dobrze dobrane dzięki czemu podczas lektury nie męczyły mi się oczy, niezależnie od tego przy jakim świetle czytałam.
     Powieść "Ty, ja i fejs" może i nie zrobiła na mnie aż tak ogromnego wrażenia jak poprzednia książka Jay'a Ashera, jednak i tak bardzo dobrze mi się ją czytało. Nie żałuję, że poświęciłam na nią swój czas. Również z tego co mi wiadomo 27 i 28 listopada tego roku autor ma być w Warszawie, więc może uda mi się zdobyć jego autograf w tej pozycji :).
     Moja ocena: 7/10.


Za możliwość przeczytania tej powieści dziękuję Wydawnictwu Rebis.

czwartek, 23 listopada 2017

'What the fuck?' (N'importe Qui, 2014) - film






W komedii "What The Fuck?" Rémi Gaillard pod wpływem swojej narzeczonej postanawia porzucić zajmowanie się "byle czym" i próbuje zostać –  dla odmiany – "na poważnie kimś". Czy powrót na drogę poprawności i norm społecznych stanie się dla Rémiego nowym celem w życiu? Czy znajdzie w sobie siłę, by dla miłości porzucić cząstkę swojej ironicznej natury?








     Są w życiu człowieka momenty, gdy nie jest w stanie przyswoić ambitnych treści. Nadeszła i u mnie ta godzina, gdy chciałam jakoś swój czas oraz myśli zająć czymś niekoniecznie mądrym i produktywnym. Padło na francuską komedię "What the fuck?", a po seansie stwierdzam, że 'polski' tytuł jest jak najbardziej adekwatny.
     Rémi to mało poważny człowiek, który robi innym "żarciki" i wrzuca z całego zajścia film do internetu. Wszystko byłoby fajnie gdyby te filmiki były naprawdę śmieszne... choć obawiam się, że niektórych mogą rzeczywiście śmieszyć. Nawet jego partnerce nie udaje się go na dłuższą metę zmienić. Pomimo, że faktycznie potrzebowałam odmóżdżacza, to ten film nie przypadł mi do gustu. Nigdy nie wywoływały u mnie śmiechu srające na samochody ptaki czy udawanie, że dochodzi z kimś do stosunku płciowego. Niestety nie trafiła ta produkcja w moje poczucie humoru kompletnie. Podczas seansu, a przynajmniej przez większość czasu, miałam minę odpowiadającą tytułowi, czyli przysłowiowe "WTF?". Według mnie aż szkoda słów aby odpowiednio oddać to jak bardzo mi się nie podobało.
     Gra aktorska trudna do opisana. W sumie pasuje ona do samej koncepcji filmu, czyli mało treściwa. Podczas oglądania widać całą tę drętwość, choć głupowatość postaci została przedstawiona idealnie. Jedyną postacią, która wypadła dobrze, przynajmniej na tle innych, to Kudłacz imieniem Cheveux, w którego wcielał się Quentin Jodar. Niestety jedna postać nie uratuje całości i nie sprawi, że będę się zachwycać. Może mój nastrój był nie do końca odpowiedni do tych klimatów, jednak nie potrafię również pod tym względem znaleźć więcej pozytywów.
     Dla mnie jest to jeden z najgorszych filmów obejrzanych w tym roku. Jestem pewna, że nie będę do niego powracać. Pomimo, że tra produkcja nie jest długa to dla mnie było to zmarnowanie swojego czasu. Ciekawsze już nawet by było mało kreatywne siedzenie na tyłku i dłubanie w nosie. Niestety co się już zobaczyło, to nie da się tego cofnąć.
     Moja ocena: 2/10.

wtorek, 21 listopada 2017

"Za zamkniętymi drzwiami" B. A. Paris


Perfekcyjna para? Doskonałe małżeństwo? Czy idealne kłamstwo?
Wszyscy znamy takie pary jak Jack i Grace: on jest przystojny i bogaty, ona czarująca i elegancka. Chciałoby się poznać Grace nieco lepiej, ale to niełatwe, bo Jack i Grace są nierozłączni. Niektórzy nazwaliby to prawdziwą miłością.
Wyobraź sobie uroczystą kolację w ich idealnym domu, miłą konwersację, kolejne kieliszki dobrego wina. Oboje wydają się w swoim żywiole. Przyjaciele Grace chcieliby zrewanżować się lunchem w przyszłym tygodniu. Ona chętnie przyjęłaby zaproszenie, ale wie, że nigdy z nimi nie wyjdzie. Ktoś mógłby spytać, dlaczego Grace nigdy nie odbiera telefonów, nie wychodzi z domu, a nawet nie pracuje. I jak to możliwe, że gotując tak wymyślne potrawy, w ogóle nie tyje? I dlaczego w oknach sypialni są kraty? Doskonałe małżeństwo czy perfekcyjne kłamstwo? 
Opis książki




Autor: B. A. Paris
Tytuł oryginalny: Behind Closed Doors
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Ochab Janusz
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: thriller/sensacja/kryminał
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2016
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 304



     "Za zamkniętymi drzwiami" to książka o której niedawno było dość głośno. Nie wiem czemu ale sam opis średnio mnie do siebie przekonał. Jednak po tylu pozytywnych recenzjach, które mnie zewsząd bombardowały postanowiłam zakupić tę powieść chociaż w wersji elektronicznej. Całe szczęście, że mam tylko tę opcję...
     Jack i Grace to na pozór idealna para. Jednak to co się tak naprawdę u nich dzieje wiedzą tylko oni. Przyznam się, że spodziewałam się powieści, od której nie będę w stanie się oderwać. Tyle osób mi ją polecało, że miałam nadzieję na wielkie WOW. Niestety podczas czytania kilkukrotnie usnęłam, a akcja nie porwała mnie na tyle abym poczuła ten zachwyt innych. Już mniej więcej po pięćdziesięciu stronach możemy domyślić się tego jak cała historia się zakończy. Pomimo to całkiem dobrze i szybko czytało mi się tę pozycję. Fabuła nie jest całe szczęście rozwleczona, a wszystkie wydarzenia tworzą względnie spójną całość.
     Bohaterowie jak dla mnie strasznie irytujący, w szczególności główna bohaterka. Nie potrafiłam wczuć się w jej rolę, gdyż to jak się zachowywała doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Naprawdę nie rozumiem tego jak można po pół roku brać ślub z człowiekiem, którego ledwo zna, a później narzekać, że wychodzą jakieś dziwne cechy naszego małżonka. Taka naiwność, że wszystko będzie pięknie z człowiekiem, którego się tak naprawdę nie zna. Natomiast Jack chyba jako jedyny miał pewien potencjał aby być intrygującą postacią, jednak został on zmarnowany.
     Styl autorki niby lekki, niby sprawiający, że można łatwo zatopić się w lekturze. Jednak prowadziła narrację w taki sposób, który niekoniecznie lubię. Były sytuacje, że niby nie napisała czegoś wprost, ale i tak miałam wrażenie, że wszystko zostało podane jak na tacy. Wiele teoretycznie niedopowiedzeń ale i tak wszystko wiadomo co i jak się stało. Nie było tego pola do domysłu, dzięki czemu książkę można by zinterpretować na swój sposób a miała ona do tego pewne predyspozycje.
     Pozycję tę miałam w wersji elektronicznej i całe szczęście, bo nie będzie mi zajmować cennego miejsca na półce. Niestety podczas czytania znalazłam kilka literówek, co nigdy wcześniej w takiej opcji się nie pojawiało. Sam plik bardzo dobrze współgrał z moim sprzętem, nie było problemu ze zmianą wielkości czcionki czy samego jej 'wyglądu'.
     Po lekturze "Za zamkniętymi drzwiami" mam ogromny niedosyt. Co prawda nie jest to książka, która jest zła do granic możliwości, jednak nie poczułam tej miłości, którą poczuli inni czytelnicy. Często daje się zwieść wielu pozytywnym recenzjom, a tak naprawdę jedynie garstka faktycznie mi się bardzo podoba. Niestety ta nie zalicza się do tych nielicznych wybrańców.
     Moja ocena: 5/10.

środa, 15 listopada 2017

'Asterix i Obelix: W służbie Jej Królewskiej Mości' (Astérix et Obélix: Au Service de Sa Majesté, 2012) - film


Rok 50 p.n.e. - głodny podbojów Juliusz Cezar rozpoczyna BITWĘ O ANGLIĘ, wykorzystując perfidnie narodową skłonność Brytów do tradycyjnej przerwy na wrzątek. Królowa Brytów Kordelia wysyła z tajną misją specjalną swego agenta - sir Mentafixa, który ma odnaleźć galijską "willidż" z LICENCJĄ NA OPIERANIE… się siłom Rzymu. 
Dzielni Galowie Asterix i Obelix podejmują wyzwanie i wyruszają na odsiecz Jej Królewskiej Mości. Mają ze sobą tajną broń przeciw Cezarowi - beczkę magicznej mikstury Panoramiksa oraz niesfornego młodziana imieniem Skandalix, na każdym kroku ściągającego na nich kłopoty. Spotkanie Galów, Brytów i Rzymian prowadzi do serii arcyzabawnych nieporozumień, w które zaplątani są jeszcze m.in. najemnicy z Normandii, piraci, złodzieje, dżentelmeni, futboliści, angielskie damy, kaci i nielegalni imigranci.



     Mam czasem takie momenty, że nie mam siły ani ochoty wyszukiwać filmu, który mógłby mnie zainteresować. Zdaje się wtedy na telewizję i włączam coś co jest aktualnie w ramówce. W ten oto sposób trafiłam na "Asterixa i Obelixa", część 'W służbie Jej Królewskiej Mości". Jak dotąd jeszcze nigdy jej nie oglądałam i miałam nadzieję, że seans będzie udany. Niestety ciężko mi powiedzieć jednoznacznie czy tak było...
     Tym razem Asterix i Obelix biorą udział w dość specyficznej bitwie o Anglię. Sama fabuła jak dla mnie nie była zbyt zaskakująca ani wciągająca. Jednak było w tym filmie coś co przyciągało mnie do siebie i rozbawiło, a mianowicie żarty sytuacyjne. Znajdziemy tutaj również wiele odniesień do różnych reklam czy innych dość popularnych sytuacji, które miały miejsce na świecie. Jestem ciekawa ile z tego co producenci tutaj przemycili udało mi się faktycznie wyłapać a ile jeszcze nie udało mi się przy tym pierwszym podejściu wyłapać. Możliwe, że osoby z większym doświadczeniem niż ja dostrzegą większy potencjał tego filmu, jednak dla mnie był to w sumie zlepek czasem śmiesznych sytuacji, które mogą rozbawić widza w zależności od jego poczucia humoru.
     Gra aktorska niestety nie jest powalająca. Nie jestem pewna ile winy w tym było dziwnych ujęć, czy aktorzy faktycznie średnio przyłożyli się do swoich ról. Jeśli ktoś już widział inne części filmów o Asterixie i Obelixie, może się również tutaj spodziewać tych wszystkich elementów, gdzie ewidentnie widać użycie obróbki komputerowej. Specyficzności całej produkcji dodał polski dubbing. Na pewno ma on swoje plusy ale musiałabym obejrzeć jeszcze w wersję 'oryginalną' żeby ocenić jak bardzo wpłynął on na mój odbiór całości.
     Wiem, że moja opinia jest o tym filmie jest dość chaotyczna ale nadal mam mieszane uczucia co do niego. Nie wiem o czym mogłabym jeszcze napisać, ale ta produkcja nie była dla mnie na tyle zapadająca w pamięci aby móc coś jeszcze wyszczególnić. Ot tak dla relaksu miło było zobaczyć jednak nie jestem pewna czy bym chciała obejrzeć tę część przygód bohaterów po raz kolejny.
     Moja ocena: 6/10.

poniedziałek, 13 listopada 2017

"Harda" Elżbieta Cherezińska





Świętosława od dziecka była harda. Od najmłodszych lat, wraz z bratem Bolesławem Chrobrym, uczyła się niuansów politycznej gry. Miała stać się pionkiem w układzie sojuszy swego ojca, księcia Mieszka. Jej ambicje sięgały znacznie dalej. Chciała zostać królową.
Los okazał się nieprzewidywalny. W drodze na dwór męża spotkała kogoś, kto zawładnął jej sercem. Czy jest w stanie spełnić swe ambicje i kochać? Stawka jest wysoka - przyjaciele zmieniają się we wrogów, miłość w nienawiść. Sakrament w klątwę. 
Opis książki








Autor: Cherezińska Elżbieta
Język oryginalny: polski
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: historyczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2016
Liczba stron: 592



     Wiele osób zachwyca się twórczością Elżbiety Cherezińskiej. Osobiście raczej dość sceptycznie podchodziłam do jej powieści. Jednak wreszcie postanowiłam się przemóc i sięgnęłam po książkę pt. "Harda". Czytelnicy bardzo wysoko podnieśli moje oczekiwania wobec niej, a czy rzeczywiście jest warta tego szumu? Moim zdaniem zdecydowanie tak!
     Świętosława, nazywana również bardzo często hardą, to córka Mieszka i siostra Bolesława Chrobrego. Fabuła tej powieści kręci się głównie wokół wydarzeń historycznych związanych właśnie głównie z tą bohaterką. Ci co lepiej znają historię zapewne lepiej się orientują w wydarzeniach, które miały miejsce na kartach tej książki. Dla mnie dużo było ciekawych sytuacji po których miałam ochotę sięgnąć po podręcznik i doszkolić się aby móc stwierdzić, które wydarzenia były fikcją literacką, a które faktycznie miały miejsce. Przyznam szczerze, że było mi ciężko przebrnąć przez początek - ogrom różnych postaci trochę mnie przytłoczył. Jednak im dalej w las, im bardziej rozkręcała się akcja to coraz ciężej było mi się oderwać od lektury. Po przeczytaniu ostatniej strony wiedziałam, że chce więcej. Pociesza mnie myśl, że jest jeszcze kolejny tom związany z tymi postaciami pt. "Królowa". Mam nadzieję, że uda mi się za niego zabrać jeszcze w tym roku.
     Bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Pomimo mnogości postaci udało mi się wreszcie połapać kto kim jest i nie miałam problemu z ich rozróżnieniem. Sam styl autorki również bardzo zachęcający do czytania. Podczas lektury miałam wrażenie, że płynę przez wydarzenia i znam każdą z postaci bardzo dobrze. Porównałabym nawet powieści Pani Cherezińskiej do twórczości Philippy Gregory, która też lubuje się w historycznych klimatach.
     Wydanie, które miałam w swoich rękach było w wersji papierowej. Pomimo dość sporej objętości bardzo dobrze trzymało mi się całą książkę w ręku. Mapy oraz drzewka z rodami były bardzo pomocne i wykonane w bardzo przejrzysty sposób. Również rozmieszczenie tekstu oraz sam papier, który nie był zbyt biały, ułatwiało sprawne czytanie i nie męczyło oczu. Jedynym minusem jaki można znaleźć w tym wydaniu to coś co mi zawsze przeszkadza, czyli klejone strony. Przy takiej cegle jednak warto wzmocnić grzbiet książki.
     Jeśli znajdzie się jakiś czytelnik, który jeszcze zastanawia się nad sięgnięciem po powieść Elżbiety Cherezińskiej, niech wreszcie nadrobi tę pozycję. Pomimo moich ogromnych obaw, książkę uważam za naprawdę udaną. Jak dla mnie czas spędzony podczas lektury to była wręcz uczta, której nie chciałam zbyt szybko kończyć, choć z drugiej strony nie mogłam się doczekać aby poznać dalsze losy.
     Moja ocena: 8/10.

wtorek, 7 listopada 2017

'Vincent chce nad morze' (Vincent will Meer, 2010) - film

Dwudziestokilkuletni Vincent cierpi na zespół Tourette'a, objawiający się nerwowymi tikami, niepohamowanym wykrzykiwaniem wulgaryzmów i zachowaniem wskazującym, że w jego komórki nerwowe co chwilę – jak sam stwierdza – załatwia się gromada klaunów. Kiedy umiera jego ukochana matka, trafia do zakładu psychiatrycznego. Ojciec, polityk walczący o reelekcję, uznaje, że chory syn przeszkodziłby mu w kampanii wyborczej. W ośrodku chłopak poznaje cierpiącego na nerwicę natręctw, pedantycznego Alexa i weterankę anoreksji Marie. Osamotniony Vincent, pozostawiony na uboczu toczącego się życia, postanawia uciec z zakładu i jechać nad morze, gdzie chciałby rozsypać prochy matki. Chłopak wspólnie z przyjaciółmi kradnie samochód szefowej ośrodka i wraz z nimi wyrusza w stronę Morza Śródziemnego. Tak zaczyna się ich wspaniała droga ku wolności. Są szczęśliwi i w końcu mogą myśleć o tym co dla nich najważniejsze: miłości, przyjaźni, odpowiedzialności... 





     Dramat to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych. Szukając odpowiedniego filmu, uwzględniając jako jedno z kryteriów właśnie ten gatunek natrafiłam na "Vincent chce nad morze". Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, jednak dość dobre oceny na różnych portalach przekonały mnie do zaznajomienia się z tą produkcją.
     Vincent cierpiący na zespół Tourette'a trafia do ośrodka, gdzie jest nadzieja dla niego na uzyskanie fachowej pomocy. Poznaje tam dwójkę innych pacjentów i razem z nimi wybiera się w podróż. Niektóre sytuacje, które miały miejsce w tym filmie były o wiele śmieszniejsze, niż w niejednej wysokobudżetowej produkcji komediowej. Co ciekawsze - nigdzie nie znalazłam informacji aby to była rzeczywiście komedia. Jednak osoby lubujące się tak jak ja w dramatach nie mają na co tutaj narzekać. Jest to bardzo dobrze zrealizowana produkcja, która faktycznie ma w sobie większość najlepszych elementów, które sprawiają, że zasługuje ona na miano dobrej jakości dramatu.
     Gra aktorska była na zadowalająco dobrym poziomie. Nie kojarzyłam żadnego nazwiska z listy aktorów występujących w tym filmie, lecz nie umniejsza to tej produkcji. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona, że można tak dobrze wcielić się w swoją postać i przekazać nią wiele emocji. Chyba, że to kwestia tego, że nie miałam zbyt wygórowanych wymagań, jednak wolę mieć nadzieję, że osoby wcielające się w swoje role rzetelnie wykonały robotę.
     Bardzo dobrze spędziłam swój czas podczas seansu. Nie jestem pewna czy obejrzę ten film po raz kolejny, choć nie żałuję, że zrobiłam to chociaż raz. Moim zdaniem ta produkcja ma w sobie coś czym może zachwycić wielu widzów. Jeśli jeszcze nie znacie tego tytułu to gorąco polecam jego nadrobienie.
     Moja ocena: 7/10.

niedziela, 5 listopada 2017

"Bliźnięta z lodu" S. K. Tremayne




Rok po tym, jak w wypadku ginie jedna z bliźniaczek jednojajowych, Lydia, Angus i Sarah Moorcroftowie przeprowadzają się na maleńką szkocką wysepkę, którą Angus odziedziczył po babci. Liczą na to, że będą mogli tam podnieść się z traumy. Jednak gdy ich żyjąca córka, Kirstie, twierdzi, że pomylili jej tożsamość - i że w rzeczywistości jest Lydią - koszmar powraca. Zbliża się zima i Angus jest zmuszony opuścić wyspę, by podjąć pracę. Sarah czuje się odizolowana, a Kirstie (a może to Lydia) staje się coraz bardziej niespokojna. Gdy potężny sztorm odcina od świata Sarę i jej córeczkę, zmuszone są stawić czoła temu, co naprawdę wydarzyło się tamtego feralnego dnia.

Opis książki






Autor: S. K. Tremayne
Tytuł oryginalny: The Ice Twins
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Kędzierski Robert
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: thriller/sensacja/kryminał
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2015
Rok pierwszego wydania polskiego: 2015
Liczba stron: 336



     Już prawie rok temu kupiłam w postaci e-booka książkę "Bliźnięta z lodu". Pomimo, że opis fabuły wydawał mi się interesujący to przez dość długi okres nie byłam w stanie się za nią zabrać. Postanowiłam jednak wreszcie po nią sięgnąć i jedyne czego mogę żałować, to fakt, że zrobiłam to tak późno.
     Bliźniaczki jednojajowe - Kirstie i Lydia. Śmierć jednej z nich niezbyt dobrze wpłynęła na rodzinę. Przeprowadzają się oni na małą wyspę z nadzieją, że pomoże im to uporać się z problemami, które wynikły z nieoczekiwanym odejściem jednej z córek. Muszę przyznać, że dla mnie jest to jeden z bardziej nieoczywistych thrillerów z jakimi dotychczas miałam styczność. Akcja może nie należy do tego typu, gdzie już od samego początku gna "na złamanie karku"' i czytelnik nie może się połapać kto, gdzie i z kim. Może dla niektórych historia na kartach tej powieści jest zbyt leniwa i rozwleczona w czasie. Jednak dla mnie tutaj każde, nawet te najdrobniejsze, wydarzenie ma znaczenie dla całości. Dopiero na koniec historii jesteśmy w stanie poskładać wszystko razem i zobaczyć tą uwikłaną ścieżkę, która doprowadziła do tego co się wydarzyło.
     Bohaterowie to chyba największe rozczarowanie w całej tej powieści. Jak dla mnie nie byli oni aż tak wyraziście wykreowani aby mi zapadli mi na dłużej w pamięci. Będę miała w głowie jedynie wspomnienie, że był mężczyzna z kobietą i dziećmi, lecz nie będę już w stanie za jakiś czas o nich nic więcej powiedzieć.
     Styl autora przyjemny w odbiorze. Dzięki temu w szybki i lekki sposób jesteśmy w stanie zatopić się w lekturze. Sposób w jaki stworzył całą historię przypadł mi do gustu, przez co mam ochotę sięgnąć po kolejne jego pozycje. Książkę miałam w postaci e-booka i jak dla mnie ta wersja została dobrze dopracowana. Nie odnalazłam u siebie literówek czy innych błędów, które mogłyby przeszkadzać podczas czytania.
     Jestem zadowolona, że wreszcie sięgnęłam po tę książkę. Bardzo miło spędziłam czas podczas jej czytania i nie żałuję, że poświęciłam na nią swój czas. Są elementy, które niekoniecznie mi się spodobały, jednak jestem ciekawa jak autor wypada w innych swoich powieściach.
     Moja ocena: 7/10.

piątek, 3 listopada 2017

'Kurczak ze śliwkami' (Poulet aux prunes, 2011) - film

 

Teheran, rok 1958. Wirtuoz Nasser-Ali szuka skrzypiec godnych zastąpić jego ukochany, zniszczony w wyniku kłótni z żoną instrument. Bezskutecznie. Nie mogąc grać, Nasser-Ali traci całą radość życia. Postanawia położyć się do łóżka i… czekać na śmierć. Przez siedem następnych dni pogrąża się w głębokiej zadumie, a sny, tak melancholijne, jak i radosne, zabierają go z powrotem do czasów młodości, a nawet na rozmowę z Azraelem, Aniołem Śmierci, który objawia mu przyszłość jego dzieci… Wraz z odkrywaniem kolejnych elementów tej układanki na jaw wychodzi wzruszający sekret życia Nassera-Alego: wspaniała historia miłości, która zainspirowała jego geniusz i jego muzykę…





     W przypadku filmów często nie wiem na co mam ochotę. Po raz kolejny przeszukiwałam różne zakątki internetu w poszukiwaniu produkcji, która w jakiś sposób by mogła mnie zainteresować. "Kurczak ze śliwkami" to dość apetyczny tytuł, który w sumie niewiele, może poza tytułem, ma wspólnego z aspektem kulinarnym. Tylko czy jest to równie dobra produkcja jak sam tytuł?
     Główny bohater, Teheran, popadł w niemoc twórczą i postanowił się zabić. W przypadku tego filmu nie będzie to zbyt dużym spojlerem, że po kilku dniach od podjęcia decyzji faktycznie udaje mu się to zrobić. "Kurczak ze śliwkami" to dość specyficzna francuska produkcja, która nie przypadnie do gustu każdemu. Treść jaką zaserwował nam tutaj reżyser i spółka jest w moim odczuciu ciężka do opisania. Nie tylko fabuła jest nietypowa, lecz także wykonanie. Cięcia oraz przedstawienie niektórych scen były dla mnie w pewien sposób nowością. Przyznam się, że niezbyt często trafiałam na tego typu zabiegi wykorzystane w produkcjach, które dotychczas widziałam. Aspektem godnym uwagi jest w moim odczuciu muzyka. Niezbyt często na nią zwracam uwagę w filmach, lecz gdy już ją "zauważę" to jest ona zazwyczaj idealnie dobrana do całego obrazu.
      Gra aktorska to jeden z elementów nad którym mam największą zagwozdkę. Niestety żadna z postaci nie porwała mnie na tyle abym mogła piać zachwytu nad umiejętnościami osoby wcielającej się w nią. Z drugiej strony nie mogę też stwierdzić, że coś było na niskim poziomie, niedopracowane czy zarzucić inne negatywne niuanse któremukolwiek z aktorów. Po prostu było poprawnie, a nawet lepiej, jednak bez jakiegoś wielkiego efektu WOW.
     Nie potrafię jednoznacznie ocenić filmu, choć ogólne wrażenie mam jak najbardziej pozytywne. Moim zdaniem warto samemu przekonać się czy tego typu kino nam podpasuje. Jeśli znacie coś w podobnym stylu to z chęcią poznam tytuły i kiedyś na pewno je obejrzę :).
     Moja ocena: 7/10.

środa, 1 listopada 2017

"Serce ze szkła" Emma Scott

Kochałbym cię już zawsze, gdybym tylko miał szansę…
Kacey Dawson zawsze żyła na krawędzi – podejmowała impulsywne, czasem lekkomyślne decyzje. W tej chwili, jako wiodąca gitarzystka dobrze zapowiadającego się zespołu, stoi na progu sławy i bogactwa. Jednak porażka na koncercie w Las Vegas grozi całkowitym zrujnowaniem kariery. Dziewczyna budzi się z gigantycznym kacem, nie pamiętając zdarzeń ubiegłej nocy ani tego, w jaki sposób skończyła na kanapie u swojego kierowcy…
Jonahowi Fletcherowi kończy się czas. Zdaje sobie sprawę, że jego sytuacja jest beznadziejna, więc przyrzeka sobie, by jak najlepiej wykorzystać pozostałe mu miesiące. Ma jeszcze w planach zobaczyć wystawę swojej instalacji ze szkła w prestiżowej galerii sztuki… Nie planował natomiast zakochać się w nieokrzesanej, nieprzewidywalnej rockmence, która usnęła po imprezie w jego domu.
Jonah dostrzega, że Kacey zmierza ku zatraceniu. Pozwala jej zostać u siebie przez kilka dni, by zdołała wytrzeźwieć, doprowadzić się do porządku i pozbierać myśli. Żadne z nich nie spodziewa się, że poczują coś głębokiego, czystego i ważnego… Coś kruchego jak szkło, co pod koniec może się roztrzaskać na milion kawałków bez względu na to, jak mocno będą starali się to trzymać.
To historia o tym, co znaczy kochać całym sercem, poświęcić się, doświadczyć gwałtownej radości i bezbrzeżnego smutku. Opowiada o życiu w pięknie i bólu, aby na koniec móc uśmiechać się przez łzy i wiedzieć, że niczego by się nie zmieniło.
Opis książki



Autor: Emma Scott
Tytuł oryginalny: Full Tilt
Język oryginalny: angielski
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: społeczna, obyczajowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2016
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 448



     Wiele osób zachwycało się nad pozycją "Serce ze szkła". Również na różnych portalach książkowych ma ona dość wysoką ocenę. Chociażby na lubimyczytać.pl ma ona aktualnie powyżej ośmiu na dziesięć gwiazdek. Niestety mi się ta powieść nie spodobała, i nie widzę tego czym inni czytelnicy się tak zachwycają...
     Opis tej powieści, który możemy znaleźć chociażby na stronie wydawnictwa teoretycznie przedstawia jedynie początek historii. Jednak znając już te pierwsze wydarzenia. nawet mniej ogarnięta osoba będzie potrafiła przewidzieć zakończenie tej powieści. Dla mnie jest to pozycja do bólu przewidywalna, nie dająca czytelnikowi nawet frajdy z czytania. Podczas czytania odniosłam wrażenie, że autorka w bardzo nieudolny sposób chce wzorować się na powieści "Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes. Ten motyw możemy znaleźć również w "Tysiąc pocałunków" Tillie Cole. Moim zdaniem są to jedynie nieudolne podróbki, stworzone w taki sposób, że wypadają jeszcze gorzej niż nawet osławione "Pięćdziesiąt twarzy Greya". To co tutaj dostałam bardzo mnie zawiodło...
     Bohaterowie niestety bardzo słabo wykreowani. Co prawda wzbudzili we mnie jakieś emocje, tylko raczej była to niechęć czy nienawiść a nie takie pozytywne momenty, gdy natrafiały na dobrze przedstawione postaci. Dla mnie jest tutaj prostu tak źle, że podczas czytania miałam ochotę zrobić krzywdę, jeśli nie bohaterom to sobie, że coś takiego ujrzało światło dzienne.
     W całej pozycji potrafię dostrzec jedynie dwa małe plusiki. Jednym z nich jest styl autorki, dzięki czemu nie musiałam dodatkowo męczyć się z językiem jakim została stworzona powieść. Drugim jest wersja elektroniczna tej książki - nie odnalazłam jako takich literówek a całość została zrobiona mile dla oka. I tyle by było z pozytywów, które udało mi się tutaj odnaleźć.
     Przyznaje się, że nie rozumiem fenomenu tej powieści. Na rynku można znaleźć wiele dużo lepszych historii, które bardziej potrafią wciągnąć czytelnika do swojego, lepiej wykreowanego, świata. Całe szczęście zakupiłam jedynie e-booka w bardzo niskiej cenie i nie muszę się męczyć z pozbywaniem ze swojej półki tej pozycji.
     Moja ocena: 2/10.

niedziela, 29 października 2017

Stosik książkowy 10/2017

Znów przybyło do mnie trochę książek. Regały się uginają, miejsca brak, portfel piszczy a ja i tak zawsze mam jakieś pozycje, które muszę kupić. Oto książki, które pojawiły się u mnie w październiku.

Książki papierowe:


"Światło nie może zgasnąć" Diane Chamberlain
"Trupia farma" Bill Bass, Jim Jefferson
"Labirynt duchów" Carlos Ruiz Zafón
"Chłopaki Anansiego" Neil Gaiman

Jak zwykle książki zakupiłam z dość dużą obniżką. Dawno nie kupowałam żadnej pozycji w sklepach stacjonarnych, gdyż ceny - nie oszukujmy się - są dość wysokie. Całe szczęście z ratunkiem przychodzą dyskonty książkowe, którym jestem ostatnio wierna. Nawet nowości można dostać po okazyjnych cenach.


E-booki:


"Rzymskie odcienie miłości" Magdalena Wala
"Oskarżenie" Remigiusz Mróz [RECENZJA]
"Serce ze szkła" Emma Scott [niebawem recenzja]

W wersji elektronicznej postanowiłam zakupić te książki o których można było dość sporo usłyszeć, a ja nie byłam pewna czy chce mieć je w wersji papierowej na swojej półce. W tych dwóch przypadkach pozycji, które już przeczytałam, wiem, że nie zamierzam przeznaczać swoich pieniędzy na inną formę, a w przypadku "Serca ze szkła" - żałuję, że kupiłam nawet e-booka po okazyjnej cenie...


A co Wy kupiliście w tym miesiącu :)? Jesteście ciekawi którejś z pozycji, którą zakupiłam w tym okresie?
Related Posts with Thumbnails