niedziela, 17 grudnia 2017

'Powidoki' (2016) - film








Bohaterem filmu „Powidoki” jest Władysław Strzemiński, artysta, który nie poddał się socrealizmowi i doświadczył dramatycznych skutków swoich wyborów artystycznych. To film o tym jak socjalistyczna władza zniszczyła charyzmatycznego, niepokornego człowieka.









     Poszukując filmu, który mnie zainteresuje dość długo motałam się co powinnam w danym momencie obejrzeć. Postanowiłam dać jeszcze jedną szansę polskiej produkcji, tym razem trzymając się jednak z daleka od komedii i jej różnych odłamów. "Powidoki" to film biograficzny o malarzu, którego nazwisko jest dla mnie obce, choć nie było to dla mnie problemem aby zapoznać się z jego historią.
     Historia przedstawia losy Władysława Strzemińskiego, malarza, twórcy teorii unizmu. Jeśli jest ktoś bardziej zainteresowany tą tematyką możliwe, że by był w stanie napisać coś więcej na temat tego co działo się w tym filmie. Obawiam się, że ja mogę nie oddać tego klimatu, pomieszać trochę fakty i nie przedstawić tego w odpowiedni sposób. Mogę jedynie napisać coś więcej o moich odczuciach. Dla takiego laika w malarstwie oraz historii jak ja, losy bohatera wydają się pociągnięte w interesujący sposób. Nie znajdziemy tutaj suchych faktów niczym z podręcznika, lecz skonstruowaną 'akcję' możliwie w jak najbardziej wyrazisty sposób aby zainteresować widza. Nie jestem pewna czy ja jestem aż tak oporna, jednak nie poczułam się na tyle zaintrygowana po seansie aby zgłębić się w ten temat i poszukać faktów z życia ukazanej w tym filmie osoby.
     Gra aktorska - pierwszoplanowa postać Władysława Strzemińskiego, w którą wcielał się Bogusław Linda, została przedstawiona bardzo dobrze. Klasa sama w sobie. Niestety nie mogę tego napisać również o innych osobach występujących w tej produkcji. Głównie nie spodobały mi się żeńskie postacie, gdyż podczas oglądania miałam wrażenie, że grają dość drętwo i jedynie jedną miną. Najbardziej zauważyłam to w przypadku dwóch aktorek - Bronisławy Zamachowskiej oraz Zofii Wichłacz. Jakoś ich postacie najbardziej mnie raziły podczas seansu, przez co nie mam w tym momencie ochoty aby zobaczyć jak poradziły sobie w innych produkcjach.
     Jestem pewna, że znajdą się osoby, które bardziej docenią ten film niż ja. Do mnie niestety nie trafił ten film tak jakbym chciała. Nie zrozumcie mnie źle, spędziłam całkiem dobrze swój czas podczas oglądania, choć wątpię abym rozmyślała nad nim jakoś strasznie długo i rozpamiętywała przedstawione wydarzenia..
     Moja ocena: 6/10.

piątek, 15 grudnia 2017

"To, co nas dzieli" Anna McPartlin

 

Co zrobiłabyś, gdybyś wiedziała, że wkrótce nie będzie cię już na świecie?
Eve Hayes i Lily Brennan były nierozłączne, ale gdy miały osiemnaście lat, podczas wakacji wydarzyło się coś, co je rozdzieliło i zniszczyło ich przyjaźń.
Po dwudziestu latach Eve, znana projektantka biżuterii, wraca na stałe do Dublina. Stara się odszukać dawną przyjaciółkę, ale nie może trafić na żaden jej ślad, nawet w internecie. Pewnej nocy Eve ulega poważnemu wypadkowi. W szpitalu odkrywa, że Lily pracuje tam jako pielęgniarka. Dawne przyjaciółki mają szansę wyjaśnić to, co między nimi zaszło, odbudować bliskie relacje, a przede wszystkim pomóc sobie nawzajem.
Wzruszająca opowieść o przyjaźni, sekretach i o tym, że warto naprawiać błędy – nawet po latach.
Opis książki






Autor: McPartlin Anna
Tytuł oryginalny: The Space Between Us
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Hesko-Kołodzińska Małgorzata
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: społeczna, obyczajowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2011
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 416



     Książka "To, co nas dzieli" to już moje trzecie spotkanie z twórczością Anny McPartlin. Dwie wcześniejsze pozycje tej autorki, czyli "Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu" oraz "Ostatnie dni Królika", zrobiły na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Poprzeczka została podniesiona naprawdę wysoko, jednak czy ta dorównuje tym poprzednim z którymi miałam styczność? Mam niestety pewne wątpliwości...
     Eve i Lily były najlepszymi przyjaciółkami, jednak pewne wydarzenie z ich młodości spowodowało, że ich kontakt całkowicie się urwał. Po dwudziestu latach mają wreszcie możliwość naprawy swoich relacji, choć może to być trudne do zrealizowania. Moim zdaniem akcja tej powieści toczy się dość powolnie, nie znajdziemy tutaj aż tak absorbujących wydarzeń pędzących na złamanie karku. Niestety nie wkręciłam się w powieść na tyle mocno aby nie móc się oderwać od lektury. Sam powód przez który przyjaciółki straciły kontakt poznajemy na samym końcu i był on według mnie dość mocno naciągany. Pomimo ciekawego pomysłu na samą historię mam wrażenie, że nie został on dopracowany. Po poziomie jaki autorka przedstawiła czytelnikom w innych swoich pozycjach, oczekiwałam czegoś dużo lepiej skonstruowanego i porywającego. Będąc po lekturze tej powieści odniosłam wrażenie, że jest po prostu poprawnie.
     Bohaterowie ogólnie dobrze przedstawieni, choć było kilka nielicznych momentów, jakby nie byli do końca dopracowani. Miałam wrażenie, że podczas niektórych sytuacji zabrakło ich wyrazistości, dzięki której mogliśmy lepiej poznać dane osoby w pozostałej części powieści. Większość z postaci albo się pokochało albo znienawidziło już od pierwszych stron, choć jest w moim przypadku jeden mały wyjątek. Jedna z głównych bohaterek, mianowicie Lily, wzbudzała we mnie na tyle różne emocje w dość krótkim czasie, które przechodziły z jednej skrajności w drugą. Czasem z całego serca jej współczułam by zaraz chcieć ją palnąć w ucho, aby wreszcie otworzyła oczy i zobaczyła rzeczywisty świat wokół niej.
     Styl autorki, tak jak w poprzednich książkach z którymi miałam styczność, bardzo lekki, dzięki czemu możliwość zatopienia się w lekturze jest bardzo ułatwiona. Język jakim posługuje się pisarka będzie przystępny zarówno dla młodzieży jak i starszych czytelników. Pomimo przyjemnego odbioru tej pozycji dostrzegłam czasem nieścisłości czasowe w przedstawianych wydarzeniach. Coś mi momentami nie trzymało się wystarczająco kupy aby zachować logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Jestem ciekawa czy to ja byłam zbyt zmęczona podczas lektury aby załapać niektóre fragmenty czy faktycznie coś się tutaj rozjechało.
     Wydanie które miałam przyjemność czytać było wydaniem papierowym w miękkiej oprawie. Zasadniczo nie jestem nawet pewna czy istnieje inna wersja tej książki, gdyż niestety nie udało mi się odnaleźć ani e-booka ani pozycji w twardej oprawie... Standardowo elementem, który mi nie pasuje to klejone strony, przy czym pozostaje mi mieć nadzieję, że książka za szybko się nie rozleci. Również miękka okładka była dla mnie aż zbyt miękka, przez co jej rogi, pomimo, że dbam o książki, nie wyglądają już zbyt estetycznie, nawet tylko po jednym przeczytaniu. 'Biel' papieru raczej żółtawa niż rażąco biaława dzięki czemu nie powoduje bólu oczu podczas lektury, a i wielbiciele żółtawych stron mogą być zachwyceni :).
     Przyznam się, że po autorce spodziewałam się czegoś dużo lepszego. Co prawda "To, co nas dzieli" nie jest złą pozycją, czytało mi się ją naprawdę nieźle, jednak to dwie pozostałe jej powieści wywarły na mnie większe wrażenie. Jeśli ktoś jeszcze nie zna tej autorki nie jestem pewna czy jest to dobra pozycja aby zacząć z nią swoją przygodę.
     Moja ocena: 6/10.

czwartek, 7 grudnia 2017

'Emotki. Film' (The Emoji Movie, 2017) - film

 


Komedia „Emotki. Film” odkrywa przed nami sekretny świat naszych smartphone’ów. Ukryte za aplikacją, z której korzystamy, wysyłając wiadomości, gwarne miasto Tekstopolis to miejsce, w którym mieszkają i pracują emotki. Każda z nich ma określone zadanie i jedną konkretną emocję, którą wyraża. Każda oprócz Minka – żywiołowej, energetycznej emotki, która potrafi wyrazić wszystkie emocje. Niestety, wada zagraża całemu telefonowi, dlatego Minek łączy siły z najlepszym przyjacielem – „Piątką” i super-hakerką Matrix, by powstrzymać nadchodzącą katastrofę. Wspólnie wyruszają w wielką, pełną niespodzianek i przygód podróż po zakamarkach aplikacji, by ocalić Tekstopolis.





     Już przez dość długi czas nie oglądałam animacji, a jako, że je uwielbiam to postanowiłam nadrobić swoje zaległości. Tym razem padło na produkcję "Emotki. Film". Niewiele o niej wcześniej słyszałam, a jeśli już to nie były to zbyt pochlebne opinie. Postanowiłam jednak sama się przekonać co to za cudo, choć nie jestem pewna czy faktycznie było warto...
     Minek to pewna anomalia wśród emotek, co niestety nie jest zbyt mile widziane w jego otoczeniu. Nie potrafi on sobie z tym do końca poradzić, a niestety nie ma wsparcia u swoich rodziców. Przyznam się, że po animacji spodziewałam się czegoś weselszego, z większym morałem. Często właśnie w tego typ filmach przemycane są pewne wartości, które warto wpajać od najmłodszych lat, jednak tutaj mi trochę tego zabrakło. Fakt, możemy tutaj znaleźć kilka sytuacji godnych do naśladowania przedstawionych w niezbyt nachalny sposób. Nie mogę jednak napisać, że zrobiły one na mnie jakoś ogromnie pozytywne wrażenie. Również nie jestem pewna czy można nazwać tę animację komedią, gdyż podczas seansu niestety nie bawiłam się aż tak dobrze jak bym tego chciała. Prawdopodobnie nic nie przebije "Shreka", który postawił poprzeczkę bardzo wysoko.
     Miałam tę przyjemność obejrzenia "Emotek" w wersji z polskim dubbingiem. Przyznam, że został on zrobiony bardzo dobrze, choć nie mam porównania do wersji oryginalnej. Niestety nie jestem w stanie porównać ile tekstu zostało zmienionego i nie jestem pewna czy chcę to sprawdzać.
     Nie miałam zbyt wygórowanych oczekiwań co do tej animacji, jednak nie zachwyciła mnie ona niczym szczególnym. Ot, po prostu zabijacz czasu, gdy nie do końca wiemy co ze sobą zrobić. Źle nie jest jednak mogło być też lepiej. W tym przypadku, o dziwo, wpisuję się idealnie w większość tych średnich zachwytów nad tą animacją.
     Moja ocena: 5/10.

wtorek, 5 grudnia 2017

"Światło" Jay Asher



Sierra prowadzi podwójne życie, a jego rytm wyznaczają święta Bożego Narodzenia. Jedno to życie w Oregonie, przy plantacji drzewek choinkowych, którą prowadzi jej rodzina. Drugie to życie świąteczne, kiedy przychodzi czas ich sprzedaży i wszyscy przenoszą się na miesiąc do Kalifornii. Gdy podczas jednej ze świątecznych podróży poznaje Caleba, wszystko się zmienia.
Calebowi daleko do idealnego chłopaka. Kiedyś popełnił ogromny błąd, którego cenę wciąż płaci. Sierra potrafi w nim jednak zobaczyć coś więcej niż jego przeszłość i jest gotowa zrobić wszystko, by pomóc mu odzyskać wiarę w siebie. 
Sierra i Caleb odkrywają coś, co może przezwyciężyć nieporozumienia, podejrzliwość i niechęć, które narastają wokół nich: prawdziwą miłość. 
Opis książki





Autor: Jay Asher
Tytuł oryginalny: What Light
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Smulewska Maria
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: dziecięca, młodzieżowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2016
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 276



     Książkę "Światło" zaczęłam czytać na przełomie listopada i grudnia, gdy wreszcie zaczął u nas padać śnieg. Może niektórzy nie są zbytnio z tego faktu zadowoleni, jednak dla mnie był to idealny moment na zaczęcie powieści ze Świętami w tle. Dwie inne pozycje Jaya Ashera już za mną i naprawdę mi się spodobały, więc z ogromną chęcią zabrałam się za lekturę tej powieści.
     Sierra to nastolatka, której rytm życia wyznaczają grudniowe Święta. Wraz z rodzicami prowadzi plantację choinek i co roku, kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem wyjeżdżają do Kalifornii je sprzedawać. Natomiast Caleb to nastoletni chłopak, który ma za sobą dość nieprzyjemną przeszłość, a plotki jakie nagromadziły się na jego temat, nie dają czasami spokojnie żyć. Gdy spotykają się razem ich podejście do otaczającego ich świata może ulec metamorfozie. Zanim zaczęłam czytać tę powieść wiedziałam, że jest ona skierowana bardziej do nastolatków aniżeli do starszych odbiorców. Nie przeszkadzało mi to, gdyż miałam po prostu ochotę na coś 'lżejszego', a zarazem nie na tyle durnego abym podczas lektury była nią sfrustrowana. Na kartach tej powieści znajdziemy przyjemną historię miłosną dwojga nastolatków. Nie jest to jednak byle jaka historia - na tle innych tego typu powieści ta wydaje się nad wyraz dojrzała i mało irytująca. Przyjemnie spędziłam swój czas i wreszcie nie żałuję, że sięgnęłam po kolejną młodzieżówkę.
     Bohaterów jest mi ciężko odpowiednio ocenić. Podczas lektury miałam momentami wrażenie, że nie czytam o nastolatkach tylko o trochę starszych ludziach. Główne postacie, czyli Sierra i Caleb, byli momentami aż zanadto dojrzali jak na swój wiek, a niektóre ich zachowania mogłabym również przypisać czterdziestolatkom. Choć były również sytuacje gdy zachowywali się jakby nie skończyli nawet lat pięciu. Bardzo mało było momentów podczas których byli faktycznie nastolatkami, popadając z jednej skrajności w drugą.
     O stylu autora nie jestem pewna cóż więcej mogę napisać oprócz tego co już stworzyłam przy poprzednich jego książkach. Przyznam, że odpowiada mi sposób w jaki konstruuje swoje powieści i za każdym razem nie mogę się oderwać od lektury. Gdyby nie inne obowiązki to bym czytała dopóki nie zobaczę ostatniej kropki. Jedyną drobną różnicą jaką zauważyłam w porównaniu do "13 powodów" oraz "Ty, ja i fejs" jest bardziej młodzieżowy język. Patrząc jednak na sam typ powieści oraz fakt do jakiego czytelnika jest ona głównie skierowana nie jest to dla mnie problemem.
     Wydanie, które miałam przyjemność czytać było w wersji papierowej. Znów jedyną wadą może być tylko to, że strony są klejone a nie szyte. Mam jednak nadzieję, że klej przetrwa na tyle długo abym mogła czytać tę powieść przed każdymi następnymi Świętami Bożego Narodzenia. Bardzo spodobał mi się wykropkowany tytuł, co zostało również wykorzystane  w środku przy każdym rozdziale. Urocze były również małe choinki w środku, dzięki czemu cała szata graficzna tworzyła spójną całość. Bardzo rzadko treść oraz samo wydanie książki tak ze sobą współgra. Miękka okładka ze skrzydełkami dobrze trzymała się w rękach a wykorzystany papier oraz czcionka nie męczyły oczu podczas lektury. I ten cudowny zapach! Niuchacze książek mogą być zachwyceni, a ja nie pogniewałabym się gdyby ktoś stworzył wreszcie takie perfumy :).
     Moim zdaniem "Światło" jest idealną książką w okresie przedświątecznym dla każdego, kto chce się wprawić w odpowiedni nastrój. Może być również bardzo dobrym drobnym upominkiem dla wszystkich czytelników niezależnie od wieku obdarowanego. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się przeczytać ją ponownie, znów w grudniu gdy za oknem będzie padał śnieg.
     Moja ocena: 7/10.


Za możliwość przeczytania tej powieści dziękuję Wydawnictwu Rebis.

niedziela, 3 grudnia 2017

'Śniadanie do łóżka' (2010) - film




Zdolny, choć pechowy kucharz Piotr ku swemu zaskoczeniu trafia na okładkę poczytnego magazynu i z dnia na dzień zostaje celebrytą. Sesja zdjęciowa przynosi mu sławę i... miłość. Piotr zakochuje się bez pamięci w ponętnej stylistce Marcie, jednak jego była narzeczona Ewa - szefowa działu mody magazynu i przełożona Marty – jest gotowa na wszystko, aby odzyskać względy utalentowanego eks-faceta. Piotra z kolejnych opresji wyciąga jego niezawodny kumpel Konrad - koneser japońskiej kuchni i japońskich kobiet. Czy kulinarny geniusz okaże się również wirtuozem sztuki kochania? 






     "Śniadanie do łóżka" to polska komedia romantyczna z Piotrem Adamczykiem i Tomaszem Karolakiem w rolach głównych. Zasadniczo po tym jednym zdaniu możemy się domyślić co dostaniemy w tej produkcji. Postanowiłam jednak dać jeszcze jedną szansę polskim komediom aby sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak źle jak to utkwiło w mojej głowie.
     Pewne zawirowania w życiu kucharza Piotra sprawiają, że nie może on żyć spokojnie. Gdy dowiaduje się, że jego żona go zdradza na jego drodze pojawia się piękna Marta. Jak to w przypadku komedii romantycznych bywa bohaterowie początkowo się nienawidzą, aby wreszcie dotrzeć się między sobą i zakochać. Zapewne mało kogo zdziwi, że również i tutaj pojawia się ten schemat. Niestety dla mnie ta produkcja była do bólu przewidywalna i niewiele wniosła nowego na rynek. Miałam nadzieję, że wreszcie coś się zmieni i odnajdę w takich filmach coś nowego, co niestety znów się nie udało. Jedynym elementem jaki mogłabym zaliczyć na plus były ładne potrawy, wyglądające naprawdę smacznie, które kiedyś sama miałabym ochotę przetestować w swojej kuchni.
     Gra aktorska - nie mogę napisać, że czymkolwiek mnie zachwyciła abym mogła się dłużej rozpisywać. Wiem, że to może być śmieszne podejście jednak mam kilku aktorów, których unikam w różnych produkcjach jak ognia. Chociaż co dziwne to widzę już małe światełko w tunelu, gdyż odtwórcy głównych męskich ról nie irytowali mnie już samym swoim wystąpieniem w tym filmie.
     Jednym z elementów o którym bardzo rzadko wspominam w recenzjach filmowych jest muzyka. Tutaj muszę jednak zaznaczyć, że jestem pozytywnie zaskoczona doborem piosenek jakie zostały wykorzystane w tej produkcji. Możemy usłyszeć tutaj utwory takich wykonawców jak John Legend, którego lubię słuchać. Może nie wszystkie piosenki mnie zauroczyły, lecz większość miała swój urok dzięki czemu film był bardziej znośny.
     Jestem pewna, że nie będę oglądać tego filmu ponownie. Muzyka to niestety nie wszystko i nie uratuje ona schematycznej produkcji, w przypadku której już od pierwszych minut wiadomo jak się skończy. Możliwe, że fani komedii romantycznych zakochają się w tym filmie i to głównie tylko im mogę go polecić. Pozostałym widzom odradzam zabieranie się za oglądanie tej, ponoć "niegrzecznej", realizacji.
     Moja ocena: 4/10.

piątek, 1 grudnia 2017

"Dziedzictwo Orchana" Aline Ohanesian




Kiedy Kemal - ekscentryczny dziadek Orchana i twórca potężnej dynastii zajmującej się wyplataniem tradycyjnych kilimów - zostaje znaleziony martwy, wnuk dziedziczy po nim prężnie działający interes.
Otwarcie pełnego testamentu zrodzi jednak szereg trudnych pytań. Okaże się, że rodzinny dom został zapisany nikomu nieznanej kobiecie, przebywającej w domu starości w Los Angeles.
Orchan, próbując dociec motywów takiego postępowania, kupuje bilet na najbliższy lot do Los Angeles. To w tym mieście odkryje tajemnicę głęboko skrywaną przez osiemdziesięciosiedmioletnią Sedę - tajemnicę, która zatrzęsie posadami stabilnej codzienności Orchana.
Opis książki






Autor: Aline Ohanesian
Tytuł oryginalny: Orhan's Inheritance
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Minczewska-Przeczek Anna
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura zagraniczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2015
Rok pierwszego wydania polskiego: 2016
Liczba stron: 360



     "Dziedzictwo Orchana" to książka, która miała swoją premierę w 2016 roku. Po wielu opiniach z którymi miałam styczność postanowiłam zakupić własny egzemplarz. Pomimo, że już kilkukrotnie planowałam ją przeczytać to dopiero teraz, po roku od jej zakupu, udało mi się wreszcie za nią zabrać. Będąc już po jej przeczytaniu nie rozumiem sama siebie czemu zrobiłam to tak późno.
     Orchan po śmierci swojego dziadka wyjeżdża w poszukiwaniu kobiety, której jego krewny zapisał w testamencie dom. Dość długo po lekturze tej powieści zastanawiałam się o czym powinnam wspomnieć w tym wpisie. Historia według mnie jest dość ciężkiego kalibru, o której trudno będzie mi zapomnieć. Teraźniejszość przeplata się z przeszłością a jednym z głównych motywów jest ludobójstwo Ormian w Turcji, siła miłości oraz moc przyjaźni, która przybiera różne formy. Wydarzenia opisane na kartach tej powieści są pełne niedopowiedzeń, jednak czytając czujemy całe okrucieństwo i cierpienie bohaterów. Wiele sytuacji wywoływało we mnie skrajne emocje i przeżywałam wszystko dość intensywnie. Nie jest to jednak powieść bazująca jedynie na emocjach czytelnika. Moim zdaniem to co się tutaj działo może niektórych zachęcić do głębszego zapoznania się z problemem, który możemy tutaj w pewnym stopniu jedynie liznąć. Wiem, że ciężko nazwać tę książkę historyczną, jednak uczula ona w jakimś stopniu na to co, się kiedyś działo i jak mogło wpłynąć to na dany naród.
     Bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Pomimo ich mnogości bez problemu możemy odróżnić jednego od drugiego. Jednak same postacie nie są na tyle oczywiste aby móc przypiąć im tylko jedną łatkę i się jej trzymać do końca opowieści. Moje odczucia wobec tych osób rozwijały się we mnie wraz z samym rozwojem sytuacji. Styl autorki bardzo mi przypasował. Choć porusza ona trudne tematy robi to w bardzo lekki sposób, dzięki czemu możemy odnieść wrażenie, ze po prostu płyniemy przez tę książkę. Z jednej strony nie mogłam się oderwać od lektury, z drugiej natomiast bałam się tego co może ze mną zrobić zbyt duża ilość tego co mogłam tutaj znaleźć.
     Wydanie, które zakupiłam i czytałam było w wersji papierowej. Znów jednym z głównych moich zarzutów co do formy wydania są klejone strony. Rzuciło mi się również kilka literówek, które wręcz raziły mnie w oczy. Gdyby to był jeden błąd prawdopodobnie nawet bym nie zwróciła uwagi, niestety przy większej ilości zaczyna być to trochę denerwujące. Jednak miękka okładka ze skrzydełkami, które nie utrudniały czytania, wykorzystany papier który nie raził w oczy oraz odpowiednia czcionka stworzyły całkiem przyzwoitą całość, którą dobrze trzymało mi się w ręku i pozwalało zatopić w lekturze.
     Moim zdaniem książka "Dziedzictwo Orchana" jest jedną z lepszych z którymi miałam styczność w tym roku. Ma ona pewne wady, jednak uważam, że na długo pozostanie w mojej głowie i jeszcze kiedyś do niej jeszcze raz powrócę. Jeśli jeszcze nie czytaliście tej pozycji to gorąco zachęcam Was do nadrobienia. Mam nadzieję, że również na Was zrobi ta historia tak duże wrażenie jak na mnie.
     Moja ocena: 8/10.

środa, 29 listopada 2017

Stosik książkowy 11/2017

Kończy się listopad, dla mnie jeden z najsmutniejszych miesięcy. Jednak nie mogło również i w tym miesiącu zabraknąć nowych książek. Nie ma ich dużo, jednak kilka do mnie dotarło

Książki papierowe:


"To, co zostawiła" Ellen Marie Wiseman
"Gra anioła" Carlos Ruiz Zafón

"Grę anioła" mam już na swojej półce, jednak jedynie w miękkiej okładce. Resztę książek tego autora mam w twardej oprawie, a ta odstawała od reszty. Może i dziwna wymówka do zakupu książki ale zawsze jakaś jest. W przypadku "To, co zostawiła" widziałam wiele pozytywnych recenzji oraz sam opis wydał mi się na tyle ciekawy, że musiałam ją mieć również i ja w swojej biblioteczce.


E-booki:


"Dyskretne szaleństwo" Mindy McGinnis
"Tulipanowa gorączka" Deborah Moggach
"Angielka" Katherine Webb

Każda z tych książek czymś mnie zainteresowała, jednak nie byłam pewna czy chce mieć je na półce w wersji papierowej. Po ich przeczytaniu zobaczę, czy są warte zakupienia ich w innej wersji niż tylko e-book.


W tym miesiącu dostałam również dwie książki od Wydawnictwa Rebis:


"Światło" Jay Asher
"Ty, ja i fejs" Jay Asher, Carolyn Mackler [RECENZJA]

"13 powodów" Ashera bardzo mi się spodobało, dlatego też jestem ogromnie ciekawa pozostałych jego książek. Recenzję "Ty, ja i fejs" można już przeczytać na moim blogu.


A co u Was w tym miesiącu wpadło do waszej biblioteczki? Przyznam, że uwielbiam oglądać tego typu posty więc zachęcam do dzielenia się linkami do swoich zdobyczy :).

poniedziałek, 27 listopada 2017

'Mojave Moon' (1996) - film







Al McCord spotyka młodą dziewczynę Ellie w lokalnej knajpie. Zabiera ją do swojego apartamentu, jednak dziewczyna chce jechać do domu. Al zgadza się na podróż i razem jadą z Los Angeles na Pustynię Mojave. Tu dopiero zaczyna się ich przygoda, gdyż Al nie spodziewa się, że dziewczyna zakocha się w nim, a on sam obdarzy uczuciem jej matkę. 







     Na film "Mojave Moon" skusiłam się tylko ze względu na to, że gra w nim Angelina Jolie. Ocena tej produkcji nie była zbyt wysoka, jednak miałam ochotę sprawdzić, jak poradziła sobie aktorka w jednej z pierwszych swoich ról. Po seansie nie dziwię się już, że sam film nie jest zbyt popularny ani doceniany.
     Fabuła tego filmu jest moim zdaniem mało treściwa. Nic, poza tym co możemy znaleźć w opisie przedstawionym powyżej, nie jestem w stanie Wam dodatkowo napisać. Historia dłużyła mi się, nie potrafiłam wciągnąć się w to co się tutaj działo. Oglądałam, żeby po prostu obejrzeć, z nadzieją na to aby mnie wreszcie czymś zaskoczył. Niestety to się nie udało. Nawet widoki, które mogły być obiecujące nie zachwyciły mnie na tyle abym rozpamiętywała je i chciała udać się w tamte rejony na wycieczkę.
     Gra aktorska nie powaliła mnie na kolana. Może miałam zbyt duże oczekiwania co do niektórych nazwisk, jednak nawet sama Angelina Jolie nie wypadła tak genialnie jak w innych swoich rolach. Pozostali aktorzy niestety nie wyróżnili się według mnie niczym szczególnym. Nie polubiłam ich na tyle abym miała ochotę obejrzeć inne filmu z ich udziałem tylko ze względu na ich obecność.
     Ta notka nie należy do najdłuższych na moim blogu. Jednak były tutaj takie flaki z olejem, że nie potrafię z tego nic więcej stworzyć. Chciałabym móc napisać coś jeszcze ale po prostu mi się to nie udaje. Zapewne znajdzie ta produkcja swoich zwolenników, jednak ja do tej grupy nie należę.
     Moja ocena: 5/10.

sobota, 25 listopada 2017

"Ty, ja i fejs" Jay Asher, Carolyn Mackler


Nie byłoby tej całej historii, gdyby nie facet, rzecz jasna. Josh najpierw zepsuł w ich relacjach wszystko (totalnie!), a teraz jeszcze dał Emmie link do tego nieszczęsnego fejsa...
 Przede wszystkim trzeba wam wiedzieć, że jest rok 1996 i kiedy Emma włącza przeglądarkę, wpisuje adres: "www.facebook.com" i się loguje - patrzy w przyszłość. Przegląda swoje aktualne wpisy (i to aktualne jak diabli, bo sięgające aż piętnaście lat do przodu), by sprawdzić, co się zmieniło. Jaki ma status związku? Kto tym razem dzieli z nią życie, no i najważniejsze - czy jest szczęśliwa?
Ciekawość sprawia, że Emma igra z losem - eksperymentuje z teraźniejszością, by przyszłość uległa fascynującym przemianom. Co później? "Zaloguj", "Odśwież". Nowi partnerzy i nowe dorosłe rozterki. Początkowo to wszystko ją kręci, ale sami rozumiecie - co za dużo...
Opis książki





Autor: Jay Asher, Carolyn Mackler
Tytuł oryginalny: The Future of Us
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Smulewska Maria
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: dziecięca, młodzieżowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2011
Rok pierwszego wydania polskiego: 2012
Liczba stron: 360



     "Ty, ja i fejs" to kolejna pozycja Ashera, którą w tym roku przeczytałam. Po bardzo udanych, przynajmniej w moim odczuciu, "13 powodach" tego autora, byłam ogromnie ciekawa innych jego powieści. Tym razem Jasy Asher wraz z Carolyn Mackler stworzyli historię z bardzo popularnym portalem w tle. Jak twierdzą niektórzy - "jeśli nie masz konta na facebook'u to nie istniejesz".
     Jest rok 1996, gdy dostęp do internetu nie jest jeszcze tak powszechny, a znany portal społecznościowy, czyli facebook, jeszcze nie istnieje. Emma i Josh to nastolatkowie, którzy są sąsiadami, chodzą do tej samej szkoły i mają wspólnych znajomych. Emma dostaje od swojego ojca komputer i jako jedna z nielicznych ma już łącze internetowe. Przypadkowo trafia na portal z niebieskim logo, gdzie widzi swoją przyszłość - piętnaście lat do przodu. Widząc to co ją czeka igra z losem w swoim nastoletnim życiu, aby być jeszcze szczęśliwa za te piętnaście lat. To co wyprawiają główni bohaterowie niektórych może burzyć, innych śmieszyć, a jeszcze kolejna grupa będzie doskonale rozumieć działania tej dwójki. W zasadzie kto by nie chciał móc zmienić swojej przyszłości, jeśli wie, że nie będzie ona usłana różami? Albo zrobić wszystkiego co tylko się da aby doprowadzić do naszej świetlanej przyszłości? Kwestia tylko tego w jaki sposób to robimy i czy zamierzamy przy okazji skrzywdzić innych...
     Bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Można odczuć, że nastolatkowie faktycznie zachowywali się jak nastolatkowie, a nie jak sędziwi staruszkowie, czy trzyletnie dzieci. Całe szczęście nie były wciskane w ich czyny czy słowa rzeczy nieadekwatne do ich faktycznego wieku. Może jedynie za mało było dla mnie przedstawionej relacji dzieci-rodzice. Właściwie może to mi brakowało więcej postaci tych dorosłych, ich reakcji na sam internet w tamtych czasach. Chociaż może po prostu jeszcze nie byli oni wtedy na tyle wrażliwi czy świadomi tego co można znaleźć w zakamarkach internetu.
     Styl autorów bardzo przyjemny w odbiorze. Podczas lektury nie odczułam żadnych zmian w sposobie opisywania wydarzeń, obyło się bez nierówności w stylu tworzenia fabuły. Pomimo, że historia była przedstawiona naprzemienne z perspektywy Josha i Emmy to podczas czytania nie było mi trudno przestawić się na daną osobę. Przejścia były na tyle płynne, że ciągłe zmiany nie były problemem. Same rozdziały nie były zbyt długie, dzięki czemu mogliśmy poznać bardzo dobrze uczucia zarówno Josha jak i Emmy, z tych samych wydarzeń, ich spojrzenie na daną sytuację.
     Wydanie - książkę czytałam w wersji papierowej. Jedynym minusem, który zaobserwowałam to klejone strony, choć mam nadzieję, że sam specyfik do tego użyty wytrzyma dość długo. Ja osobiście zbytnio nie przepadam za tym rozwiązaniem, choć znam osoby, które nawet nie zwracają na to uwagi. Mówi się też, żeby nie oceniać książki po okładce, jednak mam akurat to wydanie z okładką przedstawioną powyżej, a nie tą pierwszą. I akurat ta grafika dużo bardziej mi się podoba niż poprzednia. Sam papier czy zastosowana czcionka zostały bardzo dobrze dobrane dzięki czemu podczas lektury nie męczyły mi się oczy, niezależnie od tego przy jakim świetle czytałam.
     Powieść "Ty, ja i fejs" może i nie zrobiła na mnie aż tak ogromnego wrażenia jak poprzednia książka Jay'a Ashera, jednak i tak bardzo dobrze mi się ją czytało. Nie żałuję, że poświęciłam na nią swój czas. Również z tego co mi wiadomo 27 i 28 listopada tego roku autor ma być w Warszawie, więc może uda mi się zdobyć jego autograf w tej pozycji :).
     Moja ocena: 7/10.


Za możliwość przeczytania tej powieści dziękuję Wydawnictwu Rebis.

czwartek, 23 listopada 2017

'What the fuck?' (N'importe Qui, 2014) - film






W komedii "What The Fuck?" Rémi Gaillard pod wpływem swojej narzeczonej postanawia porzucić zajmowanie się "byle czym" i próbuje zostać –  dla odmiany – "na poważnie kimś". Czy powrót na drogę poprawności i norm społecznych stanie się dla Rémiego nowym celem w życiu? Czy znajdzie w sobie siłę, by dla miłości porzucić cząstkę swojej ironicznej natury?








     Są w życiu człowieka momenty, gdy nie jest w stanie przyswoić ambitnych treści. Nadeszła i u mnie ta godzina, gdy chciałam jakoś swój czas oraz myśli zająć czymś niekoniecznie mądrym i produktywnym. Padło na francuską komedię "What the fuck?", a po seansie stwierdzam, że 'polski' tytuł jest jak najbardziej adekwatny.
     Rémi to mało poważny człowiek, który robi innym "żarciki" i wrzuca z całego zajścia film do internetu. Wszystko byłoby fajnie gdyby te filmiki były naprawdę śmieszne... choć obawiam się, że niektórych mogą rzeczywiście śmieszyć. Nawet jego partnerce nie udaje się go na dłuższą metę zmienić. Pomimo, że faktycznie potrzebowałam odmóżdżacza, to ten film nie przypadł mi do gustu. Nigdy nie wywoływały u mnie śmiechu srające na samochody ptaki czy udawanie, że dochodzi z kimś do stosunku płciowego. Niestety nie trafiła ta produkcja w moje poczucie humoru kompletnie. Podczas seansu, a przynajmniej przez większość czasu, miałam minę odpowiadającą tytułowi, czyli przysłowiowe "WTF?". Według mnie aż szkoda słów aby odpowiednio oddać to jak bardzo mi się nie podobało.
     Gra aktorska trudna do opisana. W sumie pasuje ona do samej koncepcji filmu, czyli mało treściwa. Podczas oglądania widać całą tę drętwość, choć głupowatość postaci została przedstawiona idealnie. Jedyną postacią, która wypadła dobrze, przynajmniej na tle innych, to Kudłacz imieniem Cheveux, w którego wcielał się Quentin Jodar. Niestety jedna postać nie uratuje całości i nie sprawi, że będę się zachwycać. Może mój nastrój był nie do końca odpowiedni do tych klimatów, jednak nie potrafię również pod tym względem znaleźć więcej pozytywów.
     Dla mnie jest to jeden z najgorszych filmów obejrzanych w tym roku. Jestem pewna, że nie będę do niego powracać. Pomimo, że tra produkcja nie jest długa to dla mnie było to zmarnowanie swojego czasu. Ciekawsze już nawet by było mało kreatywne siedzenie na tyłku i dłubanie w nosie. Niestety co się już zobaczyło, to nie da się tego cofnąć.
     Moja ocena: 2/10.
Related Posts with Thumbnails