Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/10. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 kwietnia 2020

'365 dni' (2020) - film









Laura, aby ratować rozpadający się związek, wyjeżdża na Sycylię, gdzie poznaje Massimo. Niebezpieczny mężczyzna, szef rodziny mafijnej, porywa ją i daje 365 dni na pokochanie go.









     Ciekawość to pierwszy stopień do piekła... Po dość głośnej powieści Blanki Lipińskiej pt. "365 dni" pojawiła się również jej ekranizacja. Przyznam, że kusiło mnie to aby sprawdzić, czy ten film jest wart tego całego szumu jaki wokół niego narósł. No cóż... Gusta są różne, jednak ja nie jestem zadowolona z tego co tu dostałam.
     W dniu swoich dwudziestych dziewiątych urodzin, podczas wyjazdu z ukochanym i przyjaciółmi, Laura zostaje porwana przez Massimo. Daje on kobiecie 365 dni aby go pokochała, a jeśli tak się nie stanie, wypuści ją. Muszę przyznać, że pod względem fabuły ten film mniej więcej zgadza się z tym co dostajemy w książce. Niestety sama historia nie do końca mi przypadła do gustu, a wykonanie? Są tutaj tylko dwa elementy które jestem w stanie docenić - dobór muzyki (chociaż to też może być dla niektórych osób kwestia sporna) oraz widoki jakie mogliśmy podziwiać. Przyznam, że w tym wypadku liczyłam trochę na twórców filmu, którzy dorzucą coś więcej od siebie i stworzą tę produkcję bardziej znośną. Ja niestety trochę się wynudziłam podczas seansu i cieszę się, że nie wydałam pieniędzy na bilet do kina, tylko obejrzałam na Netflixie.
     Gra aktorska niestety nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia. O ile większość z nas ma pewne ulubione typy urody, tak u mnie włosi nigdy nie zajmowali jakoś szczególnie wysoko miejsca. Niestety po tej produkcji i Michele Morrone w roli Massimo, mam pewne 'wątpliwości' co do tego typu urody. Jego mimika całkowicie nie pasowała mi do roli przystojniaka, który wprawia w zachwyt każdą kobietę.
     "365 dni" to film, którego nie jestem w stanie obiektywnie ocenić i docenić. Ja jestem niestety zawiedziona i żałuję, że poświęciłam na niego swój czas. Pomimo, że przez ostatnie wydarzenia mamy go trochę więcej do spędzania w domu to jednak moim zdaniem mogłam go znacznie lepiej wykorzystać.
     Moja ocena: 2/10.

sobota, 4 kwietnia 2020

"Ten dzień" Blanka Lipińska

Sycylijskie życie Laury Biel zaczyna przypominać bajkę. Jest huczne wesele, mąż, który zrobi i odda dla niej wszystko, ciąża, prezenty i niewyobrażalny wprost luksus: służba, samochody, nadmorskie rezydencje. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie to, że wokół kręcą się sami gangsterzy, w powietrzu wisi nieokreślona zbrodnia, ktoś stale próbuje ją porwać i zabić, a Olo, najlepsza przyjaciółka, ślepo podąża w jej ślady. Bycie żoną najniebezpieczniejszego mężczyzny na Sycylii ma swoje konsekwencje i Laura boleśnie się o tym przekona… Druga część bestselleru "365 dni" to nie tylko przyjemne love story, które czyta się przed snem na dobranoc. To fabuła pełna zaskakujących zwrotów akcji: ucieczek, pogoni, zdrad, walk o honor, śmiertelnego niebezpieczeństwa. To książka o tym, jak łatwo się zakochać i równie łatwo zniszczyć sobie życie. Każdy rozdział zaskakuje , nic nie jest oczywiste – poza ostrym seksem i grą, w której nie ma ani złych, ani dobrych bohaterów. Jest za to wielka niewiadoma, wielka miłość, wielkie niebezpieczeństwo i wielka namiętność. 
Opis książki



Autor: Blanka Lipińska 
Język oryginalny: polski 
Kategoria: Literatura piękna 
Gatunek: romans 
Forma: powieść 
Rok pierwszego wydania: 2018 
Liczba stron: 520 
Czas trwania: 12h 16min 
Lektor: Blanka Lipińska



     Postanowiłam dać tej serii drugą szansę i wysłuchałam w postaci audiobooka drugi tom serii '365 dni', czyli "Ten dzień". Zobaczyłam, że w tym przypadku lektorką jest sama autorka i pomyślałam, że przedstawi ona odpowiednio treść tej pozycji... Jednak słuchanie tego nie było dla mnie aż taką przyjemnością jakiej bym oczekiwała.
     "Ten dzień" to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z "365 dni". Akcja zaczyna się tu od momentu w którym zakończyła się poprzednia część. Mam jednak wrażenie, że nie napiszę tu nic odkrywczego. Nadal mamy sporo narkotyków, alkoholu, ciuchów i przeróżnych dram pomiędzy bohaterami. Nie mogło również zabraknąć scen erotycznych, kolejnego porwania czy pościgów. Jednak zlały mi się one już w jedną całość i nie jestem w stanie szczegółowo opisać choć jednego wydarzenia z tej powieści. Dla mnie osobiście żadna scena nie była na tyle ciekawie i emocjonująco przedstawiona by zapadła mi na trochę dłużej w pamięci. Samo zakończenie jest dość chwytliwe i niektórych czytelników może nakłonić do sięgnięcia po kolejną część z tej serii, która jest już dostępna na rynku.
     Bohaterowie niestety zostali przedstawieni na podobnym poziomie wcześniej. Nie wyciągnęli wniosków z poprzednich wydarzeń, nadal możemy spodziewać się czasem dość absurdalnych i nie za bardzo przemyślanych zachowań głównych postaci. Przyznam, że miałam nadzieję, że bohaterowie choć trochę się rozwiną i pokażą z innej strony, przez co trochę się zawiodłam.
     Styl autorki jest bardzo prosty w odbiorze. W ramach relaksu i potrzeby czegoś co nie będzie aż tak mocno angażować treścią czytelnika jest w sam raz, jednak osoby które będą oczekiwały czegoś bardziej wysublimowanego mogą się srogo rozczarować. Natomiast w roli lektorki autorka nie do końca przypadła mi do gustu. Miałam nadzieję, że bardziej namiętnie odda treść swojej książki, a tak, przynajmniej w moim odczuciu, dostałam monotonnie czytaną pozycję, przy której można usnąć, jeśli nie jest się w ciągłym ruchu (jednak sprzątanie podczas słuchania wyszło mi perfekcyjnie :)).
     "Ten dzień" niestety wypada trochę gorzej niż pierwsza część. Sama nie jestem pewna czy sięgnę po kolejny, a zarazem ostatni, tom, choć nie lubię mieć niedokończonych serii... Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że ten gatunek nie jest dla mnie.
     Moja ocena: 2/10

piątek, 20 grudnia 2019

"Wszystko, czego pragnę w te święta" Anna Langner



Świąteczny romans dla niegrzecznych dziewczynek!
Ewa zbliża się do trzydziestki i prowadzi poukładane, choć nieco nudne życie. Ma świetną pracę, mieszkanie bez kredytu w centrum Poznania i całkiem niezłe auto. Nie ma za to czasu na spotkania z bliskimi i związki, o randkach nawet nie wspominając.
Kiedy jak co roku wyjeżdża na święta do rodziców, chce wykorzystać ten czas, aby odkryć, czego tak naprawdę pragnie od życia. W rodzinnym domu oprócz brata bliźniaka zastaje tajemniczego pociągającego łobuza, który od pierwszych minut działa jej na nerwy.
Spokojne święta? Dzięki intrygującemu mężczyźnie Ewa może w tym roku o nich zapomnieć. Bruno niczym huragan wprowadza ją w niebezpieczny świat, w którym żyje się szybko i na krawędzi bezpieczeństwa. Dokąd zaprowadzi ich ryzyko, którego się podejmą? 
Opis książki



Autor: Anna Langner 
Język oryginalny: polski 
Kategoria: Literatura piękna 
Gatunek: romans 
Forma: powieść 
Rok pierwszego wydania: 2019 
Liczba stron: 400



     Zbliżające się święta to okres w którym przynajmniej na część spraw patrzę nieco łagodniejszym okiem. A przynajmniej tak mi się wydawało. Postanowiłam sięgnąć po świąteczny romans z nadzieją, że wreszcie może bardziej polubię się z tym gatunkiem, albo chociaż nie będę się podczas lektury aż tak bardzo irytować z zażenowaniem nad tym co właśnie czytam. Niestety nie do końca się to udało w przypadku książki "Wszystko, czego pragnę w te święta" udało...
     Ewa to samotna prawie trzydziestoletnia kobieta, odnajdująca się w realizacji korporacyjnych celów. Jej wyjazd do rodzinnego domu na święta miał być okazją by odetchnąć i nabrać sił. Jednak tę sielską wizję burzy kolega jej brata, który nieoczekiwanie będzie spędzać z nimi Święta. Bruno, to typowy facet udający łobuza, pijący mleko prosto z kartony chłop, który oczywiście musi skrywać swoją mroczną tajemnicę. Opis tej historii brzmi bardzo schematycznie, jednak pomimo to miałam nadzieję, że znajdę tu coś dobrego w świątecznej atmosferze. Niestety im dalej brnęłam w tę historię to tym bardziej byłam zażenowana tym co czytam. Według mnie nie jest to romans a raczej erotyk z drobnymi elementami romantycznymi. Sceny zbliżeń bohaterów były wręcz po prostu książkowym opisem filmów dla dorosłych, zabrakło im pewnej subtelności i budowania napięcia oraz swego rodzaju pożądania, których bym oczekiwała od romansu. Wątków obyczajowych jest tu bardzo znikoma ilość, a próba stworzenia części kryminalnej była dla mnie po prostu przedstawiona w niezbyt interesujący sposób. Podczas lektury tej książki czułam głównie zażenowanie i złość na siebie, że dałam jej szansę i dobrnęłam do samego końca... W szczególności, że te wątki, które dla mnie mogłyby mieć potencjał nie zostały w pełni wyjaśnione.
     Bohaterowie zostali wykreowani w bardzo schematyczny sposób. Szara myszka i bad boy, którzy będą się oddawać swoim miłosnym uniesieniom. Ona nie wie czego chce, on jest na nią napalony i brałby ją zawsze i wszędzie, nawet w sklepowej przymierzalni, na tysiące różnych sposobów. Postacie drugoplanowe niestety miały w tej powieści swój niewielki udział i zginęli pod otoczką nijakości w całej historii.
     Styl autorki - chyba całkiem dobry w odbiorze, gdyż udało mi się całkiem szybko uporać się z tą pozycją. Choć też nie do końca jestem w stanie go ocenić przez wzgląd na to jak została poprowadzona akcja, która nie do końca przypadła mi do gustu. Niestety bardzo często miałam ochotę odłożyć tę pozycję i już do niej nie wracać. Wydanie elektroniczne to największy plus tej książki. Bardzo dobrze współgrało z moim czytnikiem i nie mam tej formie nic do zarzucenia.
     Pomimo pokładanych nadziei nie polubiłam się z tą książką. Żałuję, że poświęciłam na nią swój czas i pieniądze. Nie poczułam tu ani klimatu Świąt ani nie czerpałam przyjemności  z lektury. Ja jestem całkowicie na nie i nie mam zamiaru do tej pozycji powracać, a jedynie z wielką chęcią usunę ją ze swojego czytnika.
     Moja ocena: 2/10.

środa, 9 października 2019

'What the Health' (2017) - film










Film opowiada o wpływie diety na zdrowie człowieka i wartych miliardy dolarów branżach medycznej, farmaceutycznej i żywnościowej.










     Film "What the Health" poleciła mi kiedyś zapalona weganka, która twierdziła, że po tej produkcji zmienię swoje spojrzenie na odżywianie. Będąc już po seansie jestem przerażona poziomem tego pseudo filmu dokumentalnego pełnego całkowitego bełkotu. I faktycznie uświadomiłam sobie w szczególności to jak łatwo manipulować drugim człowiekiem przez tego typu produkcje.
     Z opisu tego filmu wynika, że mieliśmy się z niego dowiedzieć jak dieta wpływa na ciało człowieka, jego zdrowie i samopoczucie. Jednak z tyloma absurdami i kłamstwami w tak krótkim czasie dawno nie miałam do czynienia. Przedstawione badania na które powoływał się twórca nie były solidnie uargumentowane, przez co miałam wrażenie jakbym oglądała o "amerykańskich naukowcach" z krążących w zakątkach internetu żartów. Nigdzie nie znalazłam naukowych dowodów czy badań na przedstawianą tu treść. Że niby jedno jajko jest tak samo szkodliwe jak pięć wypalonych papierosów? Serio? Też nie przekonała mnie chociażby kobieta, która podobno miała nowotwór i nagle dzięki nie jedzeniu mięsa w ciągu roku jej przeszło? Aż cisną mi się na usta i palce wiązanki przekleństw, które lepiej jednak pominąć. Jestem świadoma, że naszprycowane nie wiadomo czym jedzenie, nie tylko mięso, może mieć negatywny wpływ na zdrowie ale opamiętajmy się! Rośliny też są pryskane najróżniejszymi chemikaliami, które nie są dobre ani dla nas ani dla środowiska, ale jakoś w magiczny sposób akurat ten temat został tutaj przemilczany... Oczekiwanie uzyskania od Pani z recepcji czy od ochrony budynku informacji dlaczego coś opublikowała ich firma i burzenie się że nie udzielą im takiej informacji to dla mnie tylko ukazanie mało fachowego podejścia przez twórców do tematu. Według mnie to co tu znajdziemy jest tylko tzw. "napędzaniem gównoburzy", niepopartą faktami propagandą demonizującą mięso i produkty odzwierzęce. 
     Nie chcę wdawać się w spór o wegetarianizmie czy weganizmie, gdyż każdy decyduje o tym sam czy je dane produkty, i każdy w zdroworozsądkowy sposób mniej więcej powinien wiedzieć co mu służy. Przynajmniej ja wiem jak się po danym składniku czuję, ale to co dostałam w tym filmie jest według mnie totalnym bełkotem. Może on raczej wywołać negatywne skutki tymi przedstawionymi tu pseudo tezami. Nawet jeśli było tu choć ziarnko prawdy to zginęło ono w całej masie bzdur.
     Moja ocena: 2/10.

piątek, 30 sierpnia 2019

'Sześcioraczki' (Sextuplets, 2019) - film











Gdy przyszły ojciec odkrywa, że jest jednym z sześcioraczków, postanawia odnaleźć swoje rodzeństwo.









     Może to te ostatnie wysokie temperatury, może to moja zbyt ogromna naiwność, lecz po raz kolejny dałam szansę amerykańskiej komedii, jednej z nowości na Netflixie. Obejrzałam wreszcie i ja film pt. "Sześcioraczki" i znowu jestem zawiedziona poziomem produkcji, która z założenia miała bawić...
     Gdy nadchodzi termin porodu własnego dziecka, Alan postanawia odnaleźć swoją biologiczną matkę. W momencie gdy dowiaduje się, że jest jednym z sześcioraczków w jego życiu zaczynają się ogromne zmiany. Podobno jest to komedia, lecz dla mnie nie było tu ani jednego zabawnego momentu. Czułam raczej znudzenie i zażenowanie zamiast być rozbawioną tą historią. Mam wrażenie, że jest to znów typowo schematyczna komedia z humorem całkowicie nie trafiającym w moje gusta. Było źle, nieśmiesznie a wykonanie to według mnie porażka, od której momentami aż bolały mnie oczy...
     Gra aktorska też mnie nie zachwyciła. Ciekawym zabiegiem może dla kogoś być to, że Marlon Wayans wcielił się w każdego z sześcioraczków, jednak to by było na tyle z "zabawnych" faktów. Niestety w moim odczuciu nie udźwignął on tych wszystkich postaci i żadna z nich nie była w pełni przekonująca. Jestem niestety zawiedziona tym co tutaj dostałam.
     Po "Sześcioraczkach" jestem pewna, że na jakiś czas powinnam dać sobie spokój z tego typu produkcjami. Był to według mnie bardzo zły film i niestety nie sprawdziło się tu powiedzenie "tak zły że aż śmieszny". Żałuję czasu jaki na niego poświęciłam i właściwie nie znam osoby, przynajmniej osobiście, której mogłabym polecić ten tytuł.
     Moja ocena: 2/10.

piątek, 17 maja 2019

"Welcome to Spicy Warsaw" Patrycja Strzałkowska



Jeśli wolisz nie wiedzieć, do czego są zdolni ludzie zbyt mocno kochający pieniądze, najlepiej odłóż tę książkę.
Sex | Pieniądze | Luksus
Wieczna impreza, ekskluzywne kluby, najdroższy szampan. Dla pięknych dziewczyn drzwi na końcu czerwonego dywanu zawsze są otwarte. A za nimi granice, które zbyt łatwo przekroczyć, ustawki na ściankach, botoks, sponsoring.
"Welcome to spicy Warsaw" odsłania kulisy nocnego życia, przypudrowany amfetaminą świat płatnego seksu, dziewczyn z showbizu i mężczyzn, których na nie stać. 
Opis książki







Autor: Patrycja Strzałkowska
Język oryginalny: polski
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura polska
Rok pierwszego wydania: 2018
Liczba stron: 256



     "Welcome to Spicy Warsaw" autorstwa Patrycji Strzałkowskiej to pozycja uznawana przez niektórych czytelników za kontrowersyjną. Z jednej strony mnie to zaintrygowało, lecz miałam też ogromne obawy, gdyż dotychczas nie spotkałam się z ani jedną stricte pozytywną opinią tego tytułu... Będąc po lekturze nie znajduję żadnego argumentu by móc obronić tę książkę.
     Mam wrażenie, że fabuła tutaj nie istnieje. Zostały tu po prostu przedstawione losy głównej bohaterki, która według mnie nie wiodła tak ciekawego życia, by od razu pisać o tym książki. Same poczynania tejże dziewczyny były dla mnie tak irytujące, że gdybym poznała taką osobę w życiu prywatnym to jestem pewna, że nie zostałybyśmy przyjaciółkami. Przedmiotowe traktowanie płci przeciwnej, imprezy z alkoholem i narkotykami, szemrane towarzystwo, pieniądze nie wiadomo skąd. A później ogromne zdziwienie, że komuś może chodzić tylko i wyłącznie o uniesienia cielesne bez zawierania dłuższych znajomości. Może i dla niektórych mam do bólu nudne i przewidywalne życie, które jest całkowicie odmienne aniżeli to co tutaj zostało przedstawione, jednak ja czerpię ze swojego żywota znacznie więcej radości niż z tej nudnej jak flaki z olejem treści.
     Bohaterowie - główna bohaterka potrafiła we mnie wzbudzić irytacje albo zniesmaczenie. Żadnych pozytywnych uczuć, które pozwoliłby mi polubić tę postać. Pozostałe osoby, z którymi mamy tu styczność były tak nijakie, że będąc kilka dni po lekturze nie pamiętam już kto właściwie tutaj był umieszczony. Nie potrafię przypomnieć sobie ani imion, ani tego czy cokolwiek wnieśli do treści. Po prostu nic.
     Styl autorki nie jest dla mnie jakoś bardzo zachęcający i przyciągający do lektury. Choć nie miałam ochoty rzucić tej książki w trakcie czytania przez sposób w jaki została ona napisania, to już przez treść i owszem. Podczas lektury miałam wrażenie jakbym czytała po prostu pamiętnik nastolatki próbującej przypodobać się towarzystwu. Nie wiem czy to był zamierzony efekt, jednak jestem ciekawa czy tylko ja miałam takie odczucia. Wydanie papierowe zostało zadziwiająco dobrze zrobione, biorąc pod uwagę treść, która całkowicie mnie nie porwała.
     Żałuję, że poświęciłam swój czas jak i pieniądze (całe szczęście książkę kupiłam za śmieszną kwotę) na tę pozycję. "Welcome to Spicy Warsaw" to tytuł o którym chciałabym jak najszybciej zapomnieć, choć przypuszczam, że pod koniec roku znajdzie się w topce tych najgorszych... Ja, przynajmniej na ten moment, nie zamierzam sięgać po kolejne pozycje tej autorki.
     Moja ocena: 2/10.

sobota, 13 kwietnia 2019

'Juanita' (2019) - film










Matka trójki dorosłych dzieci szuka nadziei na rozwiązanie nieustających problemów życiowych i sercowych podczas spontanicznego wyjazdu do Montany.










     Film polecała mi pewna znajoma, twierdząc, że jest to naprawdę dobry dramat. Dla mnie tytuł "Juanita" jedyne co może jakkolwiek łączyć z tym gatunkiem to samo określenie. Według mnie to był dramatycznie nudny i niezbyt dobrze pociągnięty film...
     Podobno historia przedstawia losy Juanity, matki trójki dzieci, chcącej rozwiązać swoje wszelkie problemy podczas wyjazdu do Montany. Osobiście podczas seansu tego nie dostrzegałam. Mam wrażenie, że dostałam zlepek przypadkowych ujęć, które mają się w jakikolwiek sposób ze sobą łączyć. Już na samym początku zaczęło irytować mnie przedstawianie treści przez główną bohaterkę wprost do kamery, jakby sobie chciała pogadać z widzem. Nie wiem do końca jaki miał przynieść efekt ten zabieg, jednak ja miałam ochotę przez to porzucić oglądanie tego filmu... Akcja toczy się bardzo leniwie, przedstawione jest tu bardzo mało treści, która mogłaby mnie wciągnąć i wywołać pozytywniejsze emocje, a sporo jest scen po prostu o niczym.
     Gra aktorska - nie jest to bardzo zły aspekt całości, jednak ja nie zapałałam miłością czy innymi pozytywnymi uczuciami wobec tego co dostałam. Może kwestia tego, że treść kompletnie mi nie podeszła i nie potrafiłam obiektywnie spojrzeć na samych aktorów i sposób w jaki wcielają się w swoje role.
     Niestety po seansie tego filmu mam poczucie straconego i źle wykorzystanego czasu. Gdybym wcześniej wiedziała, że jest to tak złe to chociaż bym się na to nastawiła i miała całkowicie inne podejście. Może wtedy sama chciałabym się przekonać czy jest tak źle jak mówią. Ze swojej strony niestety nie mogę polecić tej produkcji, a jedynie radzić by omijać ją szerokim łukiem.
     Moja ocena: 2/10.

wtorek, 19 lutego 2019

"Wzloty i upadki młodej Jane Young" Gabrielle Zevin

Aviva Grossman, młoda ambitna stażystka kongresmena, popełniła błąd, nawiązując romans ze swoim żonatym szefem. Sprawę pogarsza odkrycie anonimowego bloga dziewczyny, na którym opisywała szczegóły tego związku. W dobie masowych mediów i internetu Aviva nie musi już nosić szkarłatnej litery na piersi. I tak wszyscy wiedzą, że jest rozpustnicą.
Kilkanaście lat później kariera kongresmena – podobnie jak jego małżeństwo – nadal ma się świetnie. W przeciwieństwie do Avivy. Ona musiała zacząć wszystko od nowa, porzucić marzenia o polityce, a przede wszystkim wyprowadzić się do innego stanu i zmienić nazwisko. Teraz przeszłość dopada ją w tym samym momencie, gdy jej córka Ruby, którą samotnie wychowuje, odkrywa prawdziwą tożsamość matki.
Wzloty i upadki młodej Jane Young to jakże aktualna opowieść o tym, ile ograniczeń napotykają wciąż kobiety i z jak wieloma podwójnymi standardami narzucanymi przez społeczeństwo przychodzi im mierzyć się i w sferze publicznej, i prywatnej.
Opis książki



Autor: Gabrielle Zevin
Tytuł oryginalny: Young Jane Young
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Wyszogrodzka-Gaik Agnieszka
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: społeczna, obyczajowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2017
Rok pierwszego wydania polskiego: 2018
Liczba stron: 352



     Podczas ostatniej wizyty w bibliotece, przechadzając się między regałami pełnymi od książek i wdychając ich zapach, poszukiwałam czegoś czego nie znam ale w jakiś sposób mnie zainteresuje. W ten oto sposób trafiłam na pozycję "Wzloty i upadki młodej Jane Young". Jej opis zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam ją wypożyczyć. Niestety to był błąd...
     Aviva to młoda i ambitna dziewczyna chcąca zawojować świat. Odbywa ona staż u poważanego kongresmena, z którym to wdaje się w romans. Przedstawione zostało tutaj jej życie, to jak pewne decyzje wpłynęły na jej dalsze losy i zmusiło do podjęcia nietypowych działań. Niestety historia moim zdaniem została bardzo źle przedstawiona. Akcja działa się wręcz leniwie, a sama autorka skakała z wątku na wątek nie rozwijając odpowiednio dobrze żadnego z nich. We mnie, będącej zwykłym czytelnikiem, nie udało się dostrzec tutaj nic co by mogło wpłynąć na pozytywny odbiór i zachęcić do brnięcia dalej. Jest to dla mnie jedna z nielicznych książek, podczas lektury której poważnie zastanawiałam się nad zaprzestaniem jej czytania nawet już na samym początku... Jednak naiwnie myślałam, że będzie lepiej. Według mnie nie było. Najciekawszy z całości jest opis, który możemy znaleźć z tyłu książki.
     Bohaterowie według mnie byli niedopracowani i nie do końca przemyślani. Pomimo moich najszczerszych chęci, żeby jednak znaleźć jakiś pozytyw to nie udało mi się tego zrobić wśród postaci. Osoby z którymi miałam tutaj styczność były po prostu irytująco nijakie i momentami wręcz od siebie odpychające. Dawno się nie spotkałam z aż tak słabo skonstruowanymi nawet głównymi bohaterami. Nie byłabym w stanie polubić albo znienawidzić z tej historii nikogo, po prostu nie miałabym ochoty rozwijać takiej znajomości.
     Styl autorki to chyba najbardziej odpychający element od tej książki. Pisarka skakała z wątku na wątek, a sposób w jaki tworzyła tę historię był bardzo oporny. Również język jakim się posługiwała powodował we mnie jedynie chęć porzucenia tej pozycji już po pierwszych stronach. Im dalej brnęłam i tak nie byłam w stanie się do niego przyzwyczaić. Wątpię, żeby to była wina tłumacza, gdyż nawet z najgorszego tekstu nikt nie stworzy czegoś wybitnego. Wydanie papierowe co prawda przyciągnęło mój wzrok w bibliotece, lecz nie zachwyciło już podczas właściwej lektury. Mamy tu klejone strony, przez co pozycja prawie się już rozpadała i nie jest to coś co najmilej wspominam z czytania. Co do innych aspektów nie mam aż takich zastrzeżeń.
     "Wzloty i upadki młodej Jane Young" to pozycja podczas której zaczęłam na poważnie zastanawiać się nad kończeniem tych, które mnie do siebie nie przekonują. Żałuję, że nie porzuciłam tej lektury już na samym początku, gdyż mam mocne poczucie straconego czasu, który spędziłam z nią w ręku. Ja osobiście nie polecam tej książki i wątpię abym sięgnęła po inny tytuł tej autorki.
     Moja ocena: 2/10.

poniedziałek, 19 listopada 2018

'Miłość na zamówienie' (Failure to Launch, 2006) - film




 




Rodzice Trippa pragną, by ich trzydziestopięcioletni syn w końcu się usamodzielnił. Podstępem wprowadzają w jego życie kobietę idealną - Paulę.










     Nie lubię komedii romantycznych, często reaguję na nie wręcz alergicznie. Jednak zostałam namówiona na obejrzenie filmu pt. "Miłość na zamówienie". Miała to być podobno wyróżniająca się na tle innych produkcji z tego gatunku historia. Niestety nie była...
     Tripp to wieczne dziecko, który nadal mieszka z rodzicami, choć ma już trzydzieści pięć lat. Jego rodzice tego już nie wytrzymują i postanawiają zapoznać go z Paulą, mając nadzieję, że wreszcie wyniesie się z rodzinnego gniazda. Niestety historia przedstawiona w tym filmie jest bardzo schematyczna, nie przedstawia nic nowego co było mi przez niektóre osoby obiecywane. Zaczęłam oglądać tę produkcję z nadzieją, że faktycznie zobaczę coś niespodziewanego, czego wcześniej nie widziałam, jednak srogo się rozczarowałam już od pierwszych minut. Znajdziemy tu bardzo mało śmiesznych momentów, o ile w ogóle jakieś tutaj były. Humor typowy dla amerykańskich komedii romantycznych, który niestety nie do końca trafia w moje gusta. Jak przystało dla tego typu gatunku, już od samego początku wiadomo jak potoczą się losy bohaterów - początkowa fascynacja, jakaś 'drama', aby w końcu główni zainteresowani sobie ludzie przebaczyli i żyli długo i szczęśliwie. Osobiście oczekuję jednak czegoś lepszego, co mogłoby wywołać we mnie jakieś głębsze emocje a nie tylko irytację i ewentualne pierwsze siwe włosy na głowie przed trzydziestką.
     Gra aktorska - nie przepadam za odtwórczynią Pauli, czyli Sarah Jessica Parker, i nie jest to jej rola dzięki której przekonam się do niej. Nie wypadła ona tutaj tak dobrze, abym miała ochotę dawać jej kolejną szansę, by sprawdzić jej podobno wybitne zdolności aktorskie. W przypadku Matthew McConaugheya - nie było tak źle ale też nie jestem w pełni usatysfakcjonowana. Również postacie drugoplanowe nie były aż tak rewelacyjnie zagrane, by uratować całą produkcję i w jakikolwiek sposób zmniejszyć moją irytację tym tytułem.
     "Miłość na zamówienie" to film, który na pewno nie znajdzie się na mojej liście ulubieńców. Przewidywalność i brak zabawnych momentów, które jednak powinny znaleźć się w komedii, sprawiają, że moje rozczarowanie jest tym większe. Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała oglądać tej produkcji ponownie. Jeśli ktoś z Was tak samo jak ja niezbyt przepada za komediami romantycznymi to mam wrażenie, że również nie będzie zadowolony z tego filmu. Nie polecam.
     Moja ocena: 2/10.

środa, 15 sierpnia 2018

'Ojciec roku' (Father of the Year, 2018) - film











Dwaj przyjaciele zastanawiają się, czyj ojciec wygrałby bójkę. Sprawy wymykają się spod kontroli, kiedy jeden z nich postanawia to sprawdzić.










     Czasami mam takie momenty, gdy wybieram filmy na "chybił trafił". Tak właśnie było w przypadku produkcji "Ojciec roku". Niestety, jak dla mnie, ten tytuł był całkowicie chybiony... Nie wiem czy powinnam być z siebie dumna czy nie, ale dotrwałam do końca i z czystym sumieniem mogę co nieco napisać na temat tego czegoś.
     Dwaj kumple mają specyficznych ojców. Pewna sytuacja doprowadza ich do rozważań na temat tego, który z ich rodzicielów wygrałby bójkę. Niestety sama fabuła została poprowadzona w mało ciekawy sposób, przez co miałam problem z wciągnięciem się w daną produkcję. Moim zdaniem znajdziemy tutaj typowy humor dla podrzędnych amerykańskich komediowych filmów, które niestety nie trafiają w mój gust. Mam wrażenie, że jest tutaj podobny poziom 'komedii' jak w przypadku "American Pie", które nie trafiło w moje upodobania. Podczas seansu niestety raczej się wymęczyłam aniżeli zrelaksowałam. Nawet dla mnie pozostanie zagadką jak mi się udało wytrwać do końca.
     Gra aktorska też nie jest elementem, który mogłabym jakoś bardzo docenić. Chyba najbardziej naturalnie wypadli aktorzy dalszoplanowi, pojawiający się gdzieś w tle, bez żadnych scen mówionych. Główni bohaterowie może i zostali dobrze obsadzeni, lecz dla mnie poziom tego co tutaj zostało przedstawione nie jest aż tak idealny.
     Film "Ojciec roku" jest dla mnie totalną 'klapą roku'. Jestem pewna, że nigdy więcej nie powrócę do tego tytułu, a jedyne co mogę zrobić to starać się trzymać od tego typu produkcji jak najdalej. Każdy film znajdzie swoich zwolenników, jednakże w tym przypadku nie należę do tej grupy.
     Moja ocena: 2/10.

niedziela, 1 lipca 2018

"Jedno małe kłamstwo" K. A. Tucker

Livie zawsze dążyła do perfekcji. Chciała zagłuszyć ból. Ale dopiero błędy, które popełniła, pokazały jej kim jest naprawdę. 
Livie jest tą bardziej zrównoważoną z sióstr Cleary. Jednak pod zewnętrzną powłoką twardej i silnej kobiety,kryje się mała dziewczynka, uczepiona ostatnich słów ojca: "Spraw, bym był dumny". Obiecała, że się postara. Przez ostatnie siedem lat każda decyzja, słowo i czyn przybliżają ją do wytyczonego celu. Livie chce zdać na medycynę i poznać porządnego faceta, za którego pewnego dnia wyjdzie za mąż. Nie planuje sympatycznej współlokatorki-imprezowiczki, której nie potrafi odmówić i Ashtona - przystojnego kapitana uczelnianej osady wioślarskiej. Jego zdecydowanie NIE planuje. Ashton jest arogancki i uosabia wszystkie cechy, których dziewczyna pragnie
u faceta uniknąć. Co gorsza, jest przyjacielem i współlokatorem Connora, który, jak się akurat składa, idealnie spełnia wymagania Livie. Troje bohaterów, każde z nich musi zmierzyć się z prawdą o sobie. Każde z nich musi zdobyć się na odwagę.
Opis książki



Autor: Kathleen A. Tucker
Tytuł oryginalny: One Tiny Lie
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Dyrek Katarzyna Agnieszka
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: społeczna, obyczajowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2014
Rok pierwszego wydania polskiego: 2014
Liczba stron: 432



     Po "Dziesięciu płytkich oddechach", które mnie w pewien sposób zaintrygowały postanowiłam sięgnąć po kolejny tom tej serii. Wiele osób twierdzi, że jest on nawet lepszy niż pierwsza część. Niestety ja do tej grupy zdecydowanie nie należę. Mnie ta książka zniechęciła na tyle, że nie jestem pewna czy sięgać po kolejne powieści tej autorki...
     Bardziej zrównoważona z sióstr Cleary, Livie, wyjeżdża na studia. Nowe środowisko, nowe znajomości oraz nowe doświadczenia. Jednak to jak została przedstawiona akcja w tej powieści nie do końca mnie przekonuje. Odniosłam wrażenie, że nic konkretnego się tutaj nie dzieje, a główna bohaterka jest na poziomie dwunastolatki, która dopiero zaczyna dojrzewać. Większość tego co zostało tu przedstawione to głównie przemyślenia bohaterki na temat nowo poznanego faceta oraz tego jak bardzo go pragnie. Gdyby nie było to główną osią fabuły, a jedynie drobnym wątkiem pobocznym, może bym nie była tak rozczarowana całokształtem. Albo chociaż, żeby było to opisane na tyle ciekawie i ze smakiem, żeby dało się to jakoś przeczytać i czerpać z tego więcej przyjemności, to nie byłabym tak zła, że zmarnowałam swój czas na tę lekturę.
     Bohaterowie niestety zostali w tej pozycji przedstawieni bardzo jednowymiarowo. Jakby mieli tylko jedno uczucie, którym jest pożądanie seksualne i nic więcej. Przez całą powieść odniosłam wrażenie, że tylko to się liczy dla osób z którymi mamy tutaj do czynienia a cała reszta jest nieważna. Już nawet lepiej (może niewiele lepiej ale zawsze...) ukazanych bohaterów mamy w "Pięćdziesięciu twarzach Greya", które było tak linczowane przez wielu czytelników... Po pierwszym tomie spodziewałam się, że będzie jeszcze lepiej a jest niestety tylko gorzej.
     Styl autorki prosty, dzięki czemu mogłam bardzo szybko przebrnąć przez tę książkę i nie męczyć się zbyt długo z tym co zostało tutaj wydumane. Dawno nie czytałam tak słabej fabuły, która została napisana dość lekkim językiem, dzięki któremu sama lektura nie jest aż taką męczarnią po ciężkim dniu w pracy. W przypadku wydania papierowego mogę się jedynie przyczepić do klejonych stron. Niestety egzemplarz biblioteczny nie był przez to w najlepszym stanie - chociaż może też szkoda, że inni czytelnicy nie dbają o czyjąś własność. Inne aspekty wydania moim zdaniem bez zarzutu.
     Będąc już po lekturze "Jednego małego kłamstwa" czuje się ogromnie zawiedziona. Żałuję, że w ogóle poświęciłam swój czas na tego stworka, gdyż mogłam pożyteczniej spędzić swój wolny czas. To jest moje bardzo subiektywne odczucie ale nie potrafię zrozumieć, za co inni tak pokochali tę pozycję. Ja jestem pewna, że nigdy do niej nie powrócę, nawet gdyby nie było innych książek do czytania.
     Moja ocena: 2/10.

sobota, 23 czerwca 2018

'Ibiza' (2018) - film










Harper jedzie do Hiszpanii na ważne służbowe spotkanie. Zabiera jednak ze sobą imprezowe koleżanki, które przekonują ją, że lepszym pomysłem będzie flirt ze znanym DJ-em.









     Film "Ibiza" jest jedną z nowości na platformie Netflix. Smaczku tej produkcji dodaje fakt, że podobno władze hiszpańskiej wyspy rozważają pozew przeciwko platformie. Zaintrygowało mnie to na tyle, że chciałam sama przekonać się o co właściwie może chodzić. I muszę przyznać, że tak złego filmu dawno nie widziałam...
     Harper, która powinna wypełniać swoje służbowe obowiązki, flirtuje z DJ-em. Gdy dowiaduje się, że jego następny 'koncert' będzie na Ibizie postanawia tam pojechać. Sama fabuła tego filmu i jego realizacja jest na tyle zła, że sama nie wiem co mogę jeszcze o niej napisać, aby nie podnieść sobie ciśnienia... Czasem coś jest tak złe, że aż dobre, jednak nie mogę tego stwierdzenia przypisać odnośnie tego czegoś. Podczas seansu wynudziłam się okropnie, wielokrotnie wzbierały się we mnie negatywne odczucia. Nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego postanowiłam obejrzeć to do końca. Film "Ibiza" jest po prostu tragiczny. Nawet muzyka go nie ratuje, gdyż tego typu klubowe rytmy to nie do końca moje klimaty.
     Gra aktorska to chyba jedyny jako taki plus tego filmu, jednak też nie jest na tyle dobrze abym mogła się tym aspektem zachwycać. Często aktorzy wyglądali tak, jakby po prostu odgrywali swoje role bez większego przekonania, aby tylko dostać kasę za udział w tej produkcji. Chociaż na tle całości wydawać się może, że nie jest to najgorsza rzecz tego stworka-potworka.
     Jeśli macie ochotę obejrzeć totalnego gniota i mieć poczucie straconego czasu, to ta produkcja idealnie się do tego nadaje :). W innych przypadkach zalecam trzymanie się od tego tytułu z daleka. Ogólnie rzecz ujmując to stanowczo nie polecam.
     Moja ocena: 2/10.

czwartek, 23 listopada 2017

'What the fuck?' (N'importe Qui, 2014) - film






W komedii "What The Fuck?" Rémi Gaillard pod wpływem swojej narzeczonej postanawia porzucić zajmowanie się "byle czym" i próbuje zostać –  dla odmiany – "na poważnie kimś". Czy powrót na drogę poprawności i norm społecznych stanie się dla Rémiego nowym celem w życiu? Czy znajdzie w sobie siłę, by dla miłości porzucić cząstkę swojej ironicznej natury?








     Są w życiu człowieka momenty, gdy nie jest w stanie przyswoić ambitnych treści. Nadeszła i u mnie ta godzina, gdy chciałam jakoś swój czas oraz myśli zająć czymś niekoniecznie mądrym i produktywnym. Padło na francuską komedię "What the fuck?", a po seansie stwierdzam, że 'polski' tytuł jest jak najbardziej adekwatny.
     Rémi to mało poważny człowiek, który robi innym "żarciki" i wrzuca z całego zajścia film do internetu. Wszystko byłoby fajnie gdyby te filmiki były naprawdę śmieszne... choć obawiam się, że niektórych mogą rzeczywiście śmieszyć. Nawet jego partnerce nie udaje się go na dłuższą metę zmienić. Pomimo, że faktycznie potrzebowałam odmóżdżacza, to ten film nie przypadł mi do gustu. Nigdy nie wywoływały u mnie śmiechu srające na samochody ptaki czy udawanie, że dochodzi z kimś do stosunku płciowego. Niestety nie trafiła ta produkcja w moje poczucie humoru kompletnie. Podczas seansu, a przynajmniej przez większość czasu, miałam minę odpowiadającą tytułowi, czyli przysłowiowe "WTF?". Według mnie aż szkoda słów aby odpowiednio oddać to jak bardzo mi się nie podobało.
     Gra aktorska trudna do opisana. W sumie pasuje ona do samej koncepcji filmu, czyli mało treściwa. Podczas oglądania widać całą tę drętwość, choć głupowatość postaci została przedstawiona idealnie. Jedyną postacią, która wypadła dobrze, przynajmniej na tle innych, to Kudłacz imieniem Cheveux, w którego wcielał się Quentin Jodar. Niestety jedna postać nie uratuje całości i nie sprawi, że będę się zachwycać. Może mój nastrój był nie do końca odpowiedni do tych klimatów, jednak nie potrafię również pod tym względem znaleźć więcej pozytywów.
     Dla mnie jest to jeden z najgorszych filmów obejrzanych w tym roku. Jestem pewna, że nie będę do niego powracać. Pomimo, że tra produkcja nie jest długa to dla mnie było to zmarnowanie swojego czasu. Ciekawsze już nawet by było mało kreatywne siedzenie na tyłku i dłubanie w nosie. Niestety co się już zobaczyło, to nie da się tego cofnąć.
     Moja ocena: 2/10.

środa, 1 listopada 2017

"Serce ze szkła" Emma Scott

Kochałbym cię już zawsze, gdybym tylko miał szansę…
Kacey Dawson zawsze żyła na krawędzi – podejmowała impulsywne, czasem lekkomyślne decyzje. W tej chwili, jako wiodąca gitarzystka dobrze zapowiadającego się zespołu, stoi na progu sławy i bogactwa. Jednak porażka na koncercie w Las Vegas grozi całkowitym zrujnowaniem kariery. Dziewczyna budzi się z gigantycznym kacem, nie pamiętając zdarzeń ubiegłej nocy ani tego, w jaki sposób skończyła na kanapie u swojego kierowcy…
Jonahowi Fletcherowi kończy się czas. Zdaje sobie sprawę, że jego sytuacja jest beznadziejna, więc przyrzeka sobie, by jak najlepiej wykorzystać pozostałe mu miesiące. Ma jeszcze w planach zobaczyć wystawę swojej instalacji ze szkła w prestiżowej galerii sztuki… Nie planował natomiast zakochać się w nieokrzesanej, nieprzewidywalnej rockmence, która usnęła po imprezie w jego domu.
Jonah dostrzega, że Kacey zmierza ku zatraceniu. Pozwala jej zostać u siebie przez kilka dni, by zdołała wytrzeźwieć, doprowadzić się do porządku i pozbierać myśli. Żadne z nich nie spodziewa się, że poczują coś głębokiego, czystego i ważnego… Coś kruchego jak szkło, co pod koniec może się roztrzaskać na milion kawałków bez względu na to, jak mocno będą starali się to trzymać.
To historia o tym, co znaczy kochać całym sercem, poświęcić się, doświadczyć gwałtownej radości i bezbrzeżnego smutku. Opowiada o życiu w pięknie i bólu, aby na koniec móc uśmiechać się przez łzy i wiedzieć, że niczego by się nie zmieniło.
Opis książki



Autor: Emma Scott
Tytuł oryginalny: Full Tilt
Język oryginalny: angielski
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: społeczna, obyczajowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2016
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 448



     Wiele osób zachwycało się nad pozycją "Serce ze szkła". Również na różnych portalach książkowych ma ona dość wysoką ocenę. Chociażby na lubimyczytać.pl ma ona aktualnie powyżej ośmiu na dziesięć gwiazdek. Niestety mi się ta powieść nie spodobała, i nie widzę tego czym inni czytelnicy się tak zachwycają...
     Opis tej powieści, który możemy znaleźć chociażby na stronie wydawnictwa teoretycznie przedstawia jedynie początek historii. Jednak znając już te pierwsze wydarzenia. nawet mniej ogarnięta osoba będzie potrafiła przewidzieć zakończenie tej powieści. Dla mnie jest to pozycja do bólu przewidywalna, nie dająca czytelnikowi nawet frajdy z czytania. Podczas czytania odniosłam wrażenie, że autorka w bardzo nieudolny sposób chce wzorować się na powieści "Zanim się pojawiłeś" Jojo Moyes. Ten motyw możemy znaleźć również w "Tysiąc pocałunków" Tillie Cole. Moim zdaniem są to jedynie nieudolne podróbki, stworzone w taki sposób, że wypadają jeszcze gorzej niż nawet osławione "Pięćdziesiąt twarzy Greya". To co tutaj dostałam bardzo mnie zawiodło...
     Bohaterowie niestety bardzo słabo wykreowani. Co prawda wzbudzili we mnie jakieś emocje, tylko raczej była to niechęć czy nienawiść a nie takie pozytywne momenty, gdy natrafiały na dobrze przedstawione postaci. Dla mnie jest tutaj prostu tak źle, że podczas czytania miałam ochotę zrobić krzywdę, jeśli nie bohaterom to sobie, że coś takiego ujrzało światło dzienne.
     W całej pozycji potrafię dostrzec jedynie dwa małe plusiki. Jednym z nich jest styl autorki, dzięki czemu nie musiałam dodatkowo męczyć się z językiem jakim została stworzona powieść. Drugim jest wersja elektroniczna tej książki - nie odnalazłam jako takich literówek a całość została zrobiona mile dla oka. I tyle by było z pozytywów, które udało mi się tutaj odnaleźć.
     Przyznaje się, że nie rozumiem fenomenu tej powieści. Na rynku można znaleźć wiele dużo lepszych historii, które bardziej potrafią wciągnąć czytelnika do swojego, lepiej wykreowanego, świata. Całe szczęście zakupiłam jedynie e-booka w bardzo niskiej cenie i nie muszę się męczyć z pozbywaniem ze swojej półki tej pozycji.
     Moja ocena: 2/10.

środa, 23 sierpnia 2017

'Psi kłopot' (The Dog Problem, 2006) - film




Solo jest pisarzem, ale ostatnio ma problemy nie tylko z pisaniem. Postanawia więc udać się do specjalisty, na którego wydaje fortunę. Psychiatra zaleca mu, aby w ramach terapii zaopiekował się psem, co ma mu pomóc powrócić do równowagi wewnętrznej. Solo nie potrafi się przyzwyczaić do zajmowania się kimkolwiek poza nim samym, a jego czworonożny przyjaciel przynosi niespodziewane kłopoty, na które składają się piękna pani fotograf, bogaty obsesyjny kolekcjoner psów oraz nadpobudliwy człowiek udzielający pożyczek, który zatrzymuje psa dla okupu. Gdy znika pies zaczyna się komedia pomyłek.





 
     Uwielbiam psy. Nawet jeśli one mnie nie lubią to ja je i tak kocham :). Niestety nie dane mi było jeszcze posiadanie własnego czworonoga, lecz gdy tylko mam możliwość to rozpieszczam te, których właściciele mi na to pozwalają. Dlatego też nie mogłam oprzeć się obejrzeniu filmu pt. "Psi kłopot". Gdy tylko zobaczyłam tytuł od razu kliknęłam "play" bez sprawdzania w ogóle o czym jest ten film. I to był błąd. Ogromny błąd.
     Solo pod wpływem swojego psychoterapeuty kupuje psa. Gdy tylko czworonóg pojawia się w jego życiu, wywraca się ono do góry nogami. Moim zdaniem film ma ogromny potencjał, który niestety nie został wykorzystany. Poziom humoru nie wpisał się w moje gusta ani potrzeby w danym dniu, gdy go oglądałam. Przychodzi mi do głowy jedynie określenie - "żałosny" - na samą produkcję. Jedynym plusem, który jest bardzo subiektywny, jest dla mnie tytułowy pies. Chociaż nie ważne jak bardzo chciałabym polubić fabułę tego filmu, nie potrafię napisać nic więcej o nim dobrego.
     Gra aktorska - aktorzy występujący w tej produkcji nie pokazali tego co najlepsze w tym zawodzie. Podczas seansu bardzo biła po oczach drętwość bohaterów oraz brak umiejętnego wczucia się w postać. Mamy w tym filmie nasz polski akcent - przez chwilę pojawiła się tutaj Joanna Krupa. Jeśli ktoś jest jej fanem może próbować ją odnaleźć. Znów jedynym plusem w całej zgrai aktorów był... pies. Chyba tylko on wypadł w całym filmie naturalnie.
     Jestem zawiedziona tą produkcją. Jedynym pozytywem tutaj jest ten tytułowy zwierzak. Gdyby nie ten fakt, prawdopodobnie w ogóle nie zwróciłabym uwagi na "Psi kłopot". Jeśli ktoś z Was lubi takie niezbyt dobrze skonstruowane filmy, które w ogóle nie śmieszą a są żałosne, to polecam. Ja osobiście żałuję, że poświęciłam swój czas.
     Moja ocena: 2/10.
Related Posts with Thumbnails