Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 0/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 0/10. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 maja 2016

'Pierwszy raz jeszcze raz' (Premature, 2014) - film




To ma być dzień, w którym zapadną dwa najważniejsze rozstrzygnięcia w życiu Roba. Rozmowa kwalifikacyjna na Uniwersytecie w Georgetown. Uwiedzenie seksownej Angeli, i tym samym pozbycie się palącego piętna prawiczka. Jednak już od chwili przekroczenia murów uczelni wszystko idzie nie tak. Katastrofy następują jedna po drugiej. A co gorsza, następnego dnia rano Rob budzi się w najbardziej żenującej sytuacji, jaką tylko można sobie wyobrazić. Ale tego też mało – to koszmarne przebudzenie i następujący po nim cykl wydarzeń powtarzają się dzień za dniem, dzień za dniem...








     Ten film poleciła mi pewna znajoma. Według niej to najlepsza komedia jaką do tej pory oglądała. Co prawda nie powiedziała mi tego w Prima Aprilis, choć mam nadzieję, że nie było to na poważnie, lecz dla mnie komedią jest nazywanie tej produkcji "najśmieszniejszym filmem wszechczasów"
     'Recenzja' będzie bardzo krótka - wszelkie elementy, które można wziąć pod uwagę przy ocenie tego filmu są jak najbardziej negatywne. Zaczynając od fabuły filmu, poprzez grę aktorską, muzykę, scenografię na ogólnym wrażeniu po seansie kończąc - totalna klapa. Dawno nie widziałam aż tak złego filmu.
     Post powstał jedynie w celu ostrzeżenia przed tak złą produkcją. Nie wiem dla jakiego grona odbiorców został stworzony ten film. Moim zdaniem bardzo małe grono będzie zadowolone z tego czegoś, gdyż nawet na miano filmu to nie zasługuje. NIE POLECAM!
     Moja ocena: 0/10.

czwartek, 31 grudnia 2015

'Święta do poprawki' (Correcting Christmas, 2014) - film







Ali rozmyśla nad swoim życiem. Dochodzi do wniosku, że niepotrzebnie zerwała rok temu ze swoim chłopakiem. Gdy kobieta budzi się w przeddzień Bożego Narodzenia, ze zdumieniem odkrywa, że cofnęła się w czasie o rok, dzięki czemu może naprawić swoje błędy. 











     Zima w tym roku, przynajmniej w grudniu przed świętami oraz w trakcie, nas nie rozpieszczała. Śniegu jak nie było tak nie ma, przynajmniej w stolicy. Chcąc poczuć chociaż namiastkę świąt w święta, natrafiłam na ten film. Nie czytałam o nim nic przed obejrzeniem i uważam to za błąd. Produkcja okazała się totalną klapą. 
     Fabuła właściwie o niczym, po pierwszych kilkunastu minutach można było domyślić się zakończenia. Prawie wszystko w tym filmie mnie irytowało. Od drętwej gry aktorskiej, poprzez beznadziejną fabułę, a na wykonaniu całości kończąc. Jedynie polski lektor był tutaj pozytywnym głosem. Nie wystarczyło to jednak aby stworzyć pozytywny obraz całego filmu. 
     Jest to film z tej grupy, gdzie nawet nie wiem co mogę o nim jeszcze napisać. Był on po prostu na tyle beznadziejny, że jedynym elementem, który trzeba zakomunikować innym ludziom to fakt aby nie zabierali się za oglądanie. Szkoda własnego wolnego czasu, nawet jeśli mamy go w nadmiarze.No chyba, że ktoś przejawia elementy masochizmu :).
     Moja ocena: 0/10.

sobota, 21 listopada 2015

'I hope they serve beer in hell' (2009) - film






Fabuła powstała w oparciu o wspomnienia Tuckera Maxa i koncentruje się na prawdziwych przygodach autora, amatora alkoholu. Bohater udaje się na wieczór kawalerski do przyjaciela i w nonszalancki sposób doprowadza do sytuacji, która zagraża przyszłemu szczęściu państwa młodych. Kiedy Max zostaje wykluczony z ceremonii ślubnej, stara się zrobić wszystko, aby ponownie wkupić się w łaski przyjaciela.









      Odnoszę wrażenie, że na jeden rewelacyjny film, który obejrzę, albo zasługujący na miano chociażby dobrego (czyli ocena 7/10 i wyżej), muszę trafić na co najmniej kilkanaście gniotów. Znajdzie się wśród nich taki specyficzny typ produkcji, za który reżyser i osoby za nią odpowiedzialne powinny smażyć się w piekle za to, że zrobili w ogóle coś takiego. Jest to właśnie film pokroju "I Hope They Serve Beer In Hell", który nie ma sobą nic do zaoferowania oprócz podniesienia ciśnienia widza lepiej niż kawa swoją płytkością i tandetnością. Nie znajdziemy tutaj ani jednego elementu za który można by przyznać jakiś punkt - wszystko na bardzo niskim poziomie. 
     Nie ma tutaj sensu rozpisywać się dłużej bo każda rzecz, która wpada mi do głowy aby ją ocenić wypada marnie. Radzę po prostu omijać szerokim łukiem ten film. Chyba, że zamierzacie siebie trochę "pokatować"... 
     Moja ocena: 0/10.

czwartek, 29 października 2015

"Dziewczyny w bieli" Jennifer Close


Perypetie trzech młodych kobiet mierzących się z problemami... przy dźwiękach marsza Mendelssohna granego podczas cudzych wesel!
Isabella, Mary i Lauren nie mogą się oprzeć wrażeniu, że wszystkich wokół ogarnęła ślubna gorączka. Tydzień w tydzień biorą udział w wieczorach panieńskich. Ubrane w pastelowe sukienki, udają zachwyt nad prezentami, jedzą mikroskopijne przekąski i wypijają zdecydowanie zbyt dużo szampana. Ich życie w niczym jednak nie przypomina bajki. Bo w której bajce roi się od koszmarnych szefowych, zakamuflowanych maminsynków i przyprawiających o ból głowy podrywaczy? 
Autorka błyskotliwie i z humorem pisze o kobietach u progu dorosłości, kreśląc mistrzowski obraz bolesnych rozczarowań i uskrzydlających radości współczesnego życia.
Opis książki





Autor: Jennifer Close
Tytuł oryginalny: Girls in White Dresses
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Kucharuk Bożena
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura zagraniczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2011
Rok pierwszego wydania polskiego: 2012
Liczba stron: 320




     Niedawno byłam z siostrą wybierać dla niej suknie ślubną, dlatego też myślałam, że ta książka wpasuje się w temat "aktualnie u mnie na czasie". O tyle co oglądanie sukni było przyjemne (bo w sumie to nie ja musiałam je mierzyć :)) to lektura tej pozycji była istną katorgą.
     Opisać fabuły tej książki się nie da. Nie ma tutaj w ogóle jednolitej historii, która by miała ręce i nogi, tworząc jakąś całość. Były ogromne przeskoki w czasie, wśród bohaterów. Ogólnie odniosłam wrażenie, że autorka pisała wszystko co jej ślina na język przyniesie, a niekoniecznie były to mądre przemyślenia. Jestem ogromnie zawiedziona. Miałam nadzieję na miłą i relaksującą powieść, przy której nie będę musiała myśleć. Niestety brak spójności był tak irytujący, że o odpoczynku przy tej pozycji nie może być mowy. 
     Bohaterowie niestety zlewający się w jedną całość. Tak jak w przypadku fabuły, tak w przypadku postaci nie można ich jakkolwiek opisać. Byli zupełnie nijacy. Styl autorki bardzo infantylny. Dużo lepiej wyrażają się już dzieci w podstawówce. Sądzę, że nawet tłumacz niewiele pomoże jak książka jest beznadziejnie napisana w oryginale. 
     Szczerze odradzam tę pozycję. Bardzo dawno nie czytałam takiego gniota, który by mnie jedynie tak bardzo zdenerwował. Chciałam coś przyjemnego a dostałam całkowite przeciwieństwo. Nie, nie i jeszcze raz nie! dla takiej 'literatury'. 
     Moja ocena: 0/10

czwartek, 7 maja 2015

"Inne kobiety" Evelyn Lau




Fiona, utalentowana młoda artystka, zakochuje się w Raymondzie, starszym od siebie, żonatym mężczyźnie. Ich związek rozwija się w zmiennej scenerii restauracji i pokoi hotelowych. Mimo erotycznego ładunku ten romans nigdy nie zostaje fizycznie spełniony, a miłość Fiony przeradza się w obsesję, która nie opuszcza jej jeszcze długo po odejściu Raymonda. Od pierwszej chwili aż do samego końca wyeksponowana jest postać żony Raymonda, Helen. To ona właśnie jest dla Fiony "inną kobietą" - nieprzeniknioną, budzącą zazdrość, zbyt odległą, by można ją zranić. 
Opis książki








Autor: Evelyn Lau
Tytuł oryginalny: Other women
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Justyna Marlena
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura zagraniczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 1996
Rok pierwszego wydania polskiego: 2000
Liczba stron: 126



     Książka co do której nie miałam żadnych konkretnych oczekiwań. Była po prostu krótka a miałam ochotę na coś co przeczytam szybko, za jednym razem. Jakżem ja była naiwna... 
     Fabuła - właściwie sama nie wiem jak ją opisać. Na stronach powieści nie działo się nic konkretnego co mogło by na dłużej przykuć czytelnika i zapaść w pamięć. Część momentów opisałabym jako delikatniejszą, subtelniejszą wersję o Christianie Grey'u. Muszę przyznać, że przynajmniej w tamtej trylogii, w porównaniu z tą pozycją, znajdziemy więcej zwrotów akcji. Moim zdaniem, ubogie fantazje seksualne głównej bohaterki to jednak nie wszystko aby książka mogła się przebić. 
     Bohaterowie byli do bólu nijacy. Każdy taki sam, niczym nie wyróżniający się z tłumu, zlewający się w jedną całość. Nawet styl autorki nie był jakiś szczególny. Całe szczęście za książkę nie dałam ani grosza, a czytałam ją na czytniku więc nie będę miała skrupułów przed usunięciem. 
     Nie, nie i jeszcze raz nie! Stanowczo odradzam tę pozycję. Nawet jako zapychacz czasu. Z jednego zrobiło się aż sześć podejść. "Trudne sprawy" czy inne tego typu produkcje na tym poziomie wydają się już być 'ambitniejsze' i ciekawsze ;).
     Moja ocena: 0/10.

sobota, 2 sierpnia 2014

"Miłosne kołysanki" Jane Graves




"Grzeczna dziewczynka może czasami zaszaleć. A czy zły chłopiec może się zmienić w chodzący ideał, i to na zawsze?
Jane Graves Was oczaruje!
Lori Foster, autorka bestsellerów 
z listy "New York Timesa"


Porywająca historia! Jane Graves pisze z wdziękiem, humorem i sercem! 
Carly Phillips, autorka bestsellerów 
z listy "New York Timesa" 










Autor: Jane Graves 
 Tytuł oryginalny: Black Ties and Lullabies
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Bielaczyc Aleksandra
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: romans
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2011
Rok pierwszego wydania polskiego: 2012
 Liczba stron: 344



     Właściwie nie potrafię wyjaśnić dlaczego zakupiłam tę pozycję. Ani nie słyszałam o niej, ani o tej autorce, ani okładka nie krzyczała do mnie "weź mnie i przeczytaj". Po tytule nawet nie roiłam sobie żadnych nadziei na niezapomnianą historię...
     Fabuła - nie dziwie się, że nikt nie podjął się stworzenia zarysu historii z tyłu pozycji. Nawet nikt nie napisał w dwóch zdaniach czego można się spodziewać. To co dostaliśmy w tej powieści było tak żałosne, że nie da się opisać słowami, można to jedynie zobrazować:

http://i.pinger.pl/pgr218/9a0369ea0025af5e4ff2bfc9
 
     Nawet po "Pięćdziesięciu twarzach Greya", które nie oszukujmy się, nie były zbyt dobrym językiem napisane  nie byłam aż tak bardzo zniesmaczona. Tam była jakakolwiek historia, która powoli, bo powoli ale się jakoś rozwinęła. Nawet "Święty Barnaba" można uznać, że był zabawniejszy niż którakolwiek sytuacji w Pani Graves. W przypadku "Miłosnych kołysanek" czytelnik został potraktowany słodkim do porzygu ulepkiem, którego zbyt długo nie można znieść. Chyba, że lubicie sadomaso tak jak ja i musicie doczytać powieść do końca. Ani fabuła ani bohaterowie nie są tak wykreowani aby móc w jakikolwiek w pozytywny sposób móc się wypowiedzieć. 
     Wydanie też nie powaliło mną na kolana. Wynalazłam dużo błędów, korektor raczej tez nie przyłożył się do tej pozycji. Chociaż nie zdziwiłabym się gdyby nawet osoba odpowiedzialna za korektę nie była w stanie przebrnąć przez te wypociny w 100%.
     Nie nie i jeszcze raz nie! Szkoda naszego czasu, pieniędzy przeznaczonych na tą książkę oraz zdrowia ile można się na te lanie wody stracić. Nawet etykiety na specyfikach w toalecie są już dużo ciekawsze niż to coś.
     Moja ocena: 0/10

środa, 3 lipca 2013

"Imię i nazwisko zastrzeżone" Jane Sigaloff


 
Lizzie Ford jest ekspertem od spraw damsko-męskich. Miłość i seks w wielkim mieście nie mają dla niej żadnych tajemnic. Na łamach poczytnego londyńskiego tygodnika odpowiada na listy zawiedzionych i skrzywdzonych, rozmawia też ze słuchaczami, prowadząc lubianą audycję radiową. Jej sprawy osobiste także wydają się zmierzać w dobrym kierunku - po wielu latach nieudanych poszukiwań nareszcie może się wtulić w opiekuńcze ramiona Tego Jedynego - Matta Bakera, czarującego geniusza reklamy, który przekonuje do siebie nawet niechętną mężczyznom jej najlepszą przyjaciółkę. Lizzie nie zdaje sobie sprawy, że cudowny kochanek coś przed nią ukrywa. Nie podejrzewa również, że zwykły list od czytelniczki, tylko z pozoru anonimowej, omal nie doprowadzi do groźnego w skutkach skandalu. Przyjdzie jej zmierzyć się z elementarnymi prawdami na temat życia, miłości i wierności... 
Tył książki


 

Autor:Sigaloff Jane
Tytuł oryginalny: Name & address withheld
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Żółtowska Weronika
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura współczesna zagraniczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2002
Rok pierwszego wydania polskiego: 2003
Liczba stron: 288



     Książkę wzięłam znów w bibliotece, gdyż na stancji nie zdążyłam jej przeczytać a w szale pakowania nie chciałam wywieźć jej 300km od miejsca właściwego jej pobytu wzięłam ją raz jeszcze u siebie w mieście. Był to bardzo duży błąd... 
      Fabuła nie jest ciekawa. Książka opowiada o dziewczynie, która zakochała się w facecie żonatym, który, jak twierdzi, że nie kocha już żony. Czyli historia o miłosnym trójkąciku. Żadnych innych wątków nie znajdziemy. Czyli prawie 300 stron pierdolenia o temacie, który może wkurwiać. Mam swoją niezbyt pochlebną opinię na temat dziewczyn spotykających się z żonatymi facetami, a na domiar złego z nimi sypiającymi. A czytanie jeszcze o takowych jest istną katorgą. Zrozumiałabym gdyby to był jakiś wątek poboczny a nie główny. A pisanie tylko o tym, jeszcze w tak irytujący sposób jest dla mnie niezrozumiałe... 
     Wszyscy bohaterowie to za przeproszeniem pierdołowate cioty. Każdy z nich czuje się ofiarą losu, ale wszyscy chcą się zachowywać jak bohaterowie którzy mają uratować świat i mamy im jeszcze za to dziękować na kolanach i obdarowywać codziennie prezentami za ich czyny. Jak dla mnie jest to śmiech na sali. Wszyscy w tej książce są prawie identyczni i niczym się nie wyróżniają z tłumu. Jak dla mnie wygląda to na bardzo słabą kreatywność autorki, która nie potrafi nawet stworzyć różnorodnych bohaterów oraz ciekawych wątków.
     Styl autorki pozostawia wiele do życzenia. Niby można szybko przeczytać tą książkę. Mi się udało w jeden dzień ale jakie katusze przeżywa czytelnik - i to nie te pozytywne związane z kończącą się książką ale przez całą pozycję podczas czytania tego czegoś...

"(...) spiętrzonych na regale sensacyjnych powieści drugorzędnego pisarzyny Johna Grishama, (...)"*

     Na ten moment przeczytałam tylko jedną książkę Johna Grishama, więc ciężko nazwać mnie jego najwierniejszą fanką. Jednak nie nazwałabym go również "drugorzędnym pisarzyną". Ogólnie niezbyt mi się podoba ocenianie innych pisarzy w książkach - to nie są recenzje. Nie wiem co autorka piła/brała/paliła podczas pisania tej książki ale takiego gówna dawno nie czytałam. Jeśli ocenia tak słabo Grishama to powinna również mieć trochę samokrytyki do samej siebie i tej powieści nigdy nikomu nie pokazywać, o wydawaniu jej nie wspominając. Dzięki temu można by zaoszczędzić czas, potrzebny na przeczytanie tego stwora oraz pieniędzy, jeśli ktoś to coś zakupił. 
     W książce którą wypożyczyłam na domiar złego znalazła się masa literówek, błędów językowych, stylistycznych. Tutaj jednak chyba wina tłumacza i osoby odpowiedzialnej za korektę a nie autorki. Sama nie piszę i nie wysławiam się za każdym razem poprawną polszczyzną w rewelacyjny sposób, ale nie zabieram się za pisanie książek i ich redagowanie**. Przez tą masę błędów, fabuły oraz stylu autorki całość ciężko się czytało. Musiałam się wspomóc piwem, żeby się trochę znieczulić i być w stanie przez tą książkę przebrnąć. 
     Osobiście radzę omijać tą pozycję szerokim łukiem. Szkoda, że to coś jest określane mianem literatury kobiecej. Dla mnie jako młodej kobiety jest to wręcz obraza... 
     Moja ocena: 0/10



* J. Sigaloff, Imię i nazwisko zastrzeżone, Wydawnictwo Axel Springer, Warszawa 2005, s. 31



** Bloga założyłam w sumie po to, żeby właśnie poprawić te umiejętności - mam nadzieję, że widać jakiś progres w porównaniu z pierwszymi recenzjami zamieszczonymi na blogu a tymi teraźniejszymi :). 

środa, 25 stycznia 2012

'Saga "Zmierzch": Przed świtem. Część 1' (The Twilight Saga: Breaking Dawn - Part 1, 2011) - film



"Pierwsza część finału najpopularniejszej sagi na świecie! Epicka opowieść o miłości nie z tego świata! Po pięknym ślubie i hucznym weselu, Bella (Kristen Stewart) i Edward (Robert Pattinson) wyjeżdżają na miesiąc miodowy do Rio de Janeiro. W tym gorącym mieście karnawału, młodzi mogą wreszcie w pełni cieszyć się sobą i oddawać namiętności. Wkrótce Bella odkrywa, że jest w ciąży. Pełne dramatyzmu narodziny dziecka rozpoczynają łańcuch nieodwracalnych zdarzeń - Edward decyduje się podarować Belli nieśmiertelność. Pojawienie się nowego członka w rodzinie budzi niepokój Volturi – przywódców świata wampirów. Czy Edwardowi uda się ocalić to co kocha najbardziej?"







Nie wiem co mnie podkusiło, żeby to coś obejrzeć... I nie wiem dlaczego na stronie filmweb.pl ukazało mi się, że w ponad 60% film powinien być w moim guście... 
Cała fabuła była dla mnie tandetą. Mogę zostać zlinczowana przez osoby, które zachwycają się sagą Zmierzch i doszukują się tam nie wiadomo czego. Niestety film nie niesie ze sobą żadnego przesłania i chyba jest jedynie po to, żeby naciągnąć biednych ludzi na bilet! Jakim cudem po zbliżeniu dwojga ludzi cała sypialnia jest zdemolowana a kobieta w siniakach? Przyspieszona ciąża - trwająca kilka dni/tygodni i ukochany, który musi zębami wydobyć dziecko z brzucha? No ludzie! Czy filmy (bądź też literatura, na podstawie której powstał film) musiała upaść aż tak nisko? Żałuje, że żyję w takich czasach gdzie takie produkcje stają się hitem i przyciągają tylu ludzi, o zgrozo, którym się to coś podoba. Gra aktorska głównych bohaterów na bardzo niskim poziomie. Już statyści oraz aktorzy drugoplanowi dużo lepiej dali sobie radę ;). Dla mnie jest to jedna wielka tragedia...
Moim zdaniem film zasługuje jedynie na: 0/10. Nie polecam nikomu!

piątek, 26 sierpnia 2011

"Kostucha" Wolf Haas


Prywatny detektyw Simon Brenner prowadzi śledztwo na austriackiej prowincji w dużej jadłodajni, której specjalnością są kurczaki z grilla. W piwnicy, w której przerabia się odpadki drobiowe na mączkę, znaleziono kości nieznanego człowieka. 
Powolny Brenner musi rozwiązać zagadkę. Szef gospody zapewnia, że nic nie wie o makabrycznym znalezisku. W dodatku okazuje się, że zaginęła jego synowa. Niewiele może mu pomóc Słoweniec Milovanović, gwiazda miejscowej drużyny piłki nożnej, który odkrył kości. Nikt nic nie wie także na temat głowy napastnika z zespołu przeciwników, którą znaleziono na boisku w worku z piłkami. Brenner rozpoczyna poszukiwania...
Tył książki 
 

Autor: Wolf Haas
Tytuł oryginalny: Der Knochenmann 
Język oryginalny: niemiecki 
Kategoria: Literatura piękna 
Gatunek: thriller/sensacja/kryminał 
Forma: powieść 
Rok pierwszego wydania: 1997 
Rok pierwszego wydania polskiego: 2008
Liczba stron: 200

Aghrr... Jak cóż tak beznadziejnie beznadziejnego może w ogóle ujrzeć światło dzienne? Jestem tuż po skończeniu czytania tego czegoś i głównie cisną mi się słowa niecenzuralne do opisania tego książkowego bubla. Całe szczęście pozycja ta była jedynie jako dodatek do gazety... 
"Powieści z detektywem Simonem Brennerem należą do najlepszych i najzabawniejszych niemieckojęzycznych kryminałów ostatnich lat" Focus  
Takie zdanie możemy przeczytać na skrzydełku książki. Ja się jedynie pytam gdzie ten humor? Nie można powiedzieć, że wszystko tutaj było sztywne ale zabawna ta książka w ogóle nie była. Ani przerażająca. W sumie to nie wzbudziła we mnie innych emocji niż irytacja, że coś tak beznadziejnego może się pojawić. I jeśli jest to przykład jednej z lepszych niemieckich kryminałów to ja chyba już będę książki z tego kraju omijać szerokim łukiem...  Co więcej - zero fabuły. Część informacji mam wrażenie, że jest podawana "bez ładu i składu", autor pisał wszystko co mu ślina na język przyniesie. Sądzę, że z tej 'powieści' można by zrobić małe opowiadanko na 10 stron a nie rozpisywać się na 200 o konkretnych pierdołach. Stylowi pisania również wiele można by zarzucić. Jest on bardzo odpychający, przez co o zgrozo wolałam już robić wszystkie inne rzeczy niż czytać! Historia jakich wiele, bez wartkiej akcji.
Moja ocena: 0/10. Stanowczo odradzam!

środa, 23 marca 2011

'Od sklepowej do królowej' (Picture this, 2008) - film

Dziewczyna z liceum została zaproszona przez najbardziej popularnego chłopaka w szkole na imprezę. Jednym problemem jest to, że ma szlaban i nie może wychodzić z domu.

Notka nie będzie długa. Film tak zły, że nie ma nawet zbytnio o czym się rozpisywać.
Film można opisać jednym słowem: "beznadziejny". Typowo amerykańska 'szkolna' komedyjka, z bogatym, przystojnym chłopakiem typu macho, biedną dziewczynką zakochaną w tym boy'u. Występuje również nadopiekuńczy ojczulek i przyboczne 'psiapsiułeczki'. Dla mnie jedna wielka masakra. Nie polecam oglądania tego filmu. W tym filmie nie ma nic wartościowego, ani nawet relaksującego. Stracone 1,5h z życia. 
Moja ocena: 0/10. Stanowcze NIE dla takich beznadziejnych produkcji!

poniedziałek, 28 lutego 2011

"Kłaniając się cieniom" Jem Poster

W zimie 1881 młody architekt John Stannard udaje się na dobrowolne wygnanie do odległej angielskiej wsi, gdzie przeprowadza renowację w parafialnym kościele. Arogancki i nieczuły na wszystko, co uważa za przesądy i sentymenty związane z przeszłością, architekt wkrótce zaczyna wyrządzać poważne szkody zarówno staremu budynkowi, jak i osobom, które poznaje - szczególnie pięknej i ambitnej młodej miejscowej dziewczynie Ann Rosewell. Kiedy mieszkańcy osady robią się agresywni, a żądza prowadzi Stannarda na manowce, mężczyzna z całych sił stara się zachować zdrowie psychiczne. To, co zaczęło się jako niewinny romans, wkrótce zmieni się w koszmarną podróż, która zakończy się morderstwem...  
Opis z tyłu książki






Autor: Jem Poster
Tytuł oryginalny: Courting Shadows 
Język oryginalny: angielski 
Kategoria: Literatura piękna 
Gatunek: literatura współczesna zagraniczna 
Forma: powieść
Liczba stron: 204



To coś w ogóle mi się nie spodobało. Ja rozumiem, że czytałam ją jak byłam chora i obolała ale tak cudownego usypiacza nie spotkałam jeszcze nigdy... Przez całą powieść tak naprawdę nic się nie dzieję. Czasami aż wracałam kilka kartek wstecz sprawdzając czy nie pominęłam jakiegoś wątku. Ale nie... Przez te 200 stron nie znajdziemy nic interesującego, zabierającego dech w piersiach (no może oprócz mojego chorobowego ataku kaszlu)... Żadnej akcji, żadnej fabuły, po prostu jedno wielkie NIC. Nawet postacie były słabo nakreślone. Wszyscy byli tacy nijacy, zero włożonej pracy w nadanie 'duszy' swoim postaciom, jakiegokolwiek nadania im charakteru. Niektóre opisy architektury sakralnej czy też opisy przyrody były nudnawe. Ja się jako tako nawet interesuję architekturą ale to co zostało tutaj pokazane po prostu nie rusza za serce a co dopiero mówić o osobach w ogóle nie zainteresowanych ta tematyką? Wszystko było nijakie, przez co nawet nie potrafię określić tak naprawdę o czym czytałam książkę.
Po opisie w którym znalazłam takie hasło jak "romans" może nie spodziewałam się jakiejś mega wypasionej powieści ale już wątek "morderstwa" mogli jakoś bardziej rozwinąć. Tak na prawdę nie wiadomo co się zdarzyło... Ten 'bubel książkowy' w ogóle mnie do siebie nie przekonał.
Ode mnie ocena: 0/10. Jedynym plusem jaki można by dać tej książce to, że przyjemnie się usypiało ale ja nie tego oczekuje od książek... Żałuję wydania nawet tych niecałych 9 zł na tą książkę. Sądzę, że nawet takie pieniądze można o wiele lepiej zainwestować.

czwartek, 11 listopada 2010

"Trzynasty miesiąc poziomkowy" Krystyna Siesicka

 
Trzynasty miesiąc poziomkowy to zupełnie nowa data w moim kalendarzu. To również ważny miesiąc w życiu Toma, Petry, Gustawa i Jaśminy, a także kilku jeszcze osób, które możecie poznać w "Przydrożnym barku". Wystarczy otworzyć książkę, żeby ich wszystkich spotkać, zapraszam!
Powitają Was dzwonki przymocowane nad drzwiami, kolorowy kapelusz pewnej pani, żółta laska pana oraz dwie wiedeńskie torebki. W poziomkowym miesiącu, który w przydrożnym barku trwa bez przerwy, pachną owocowe koktajle i dojrzewa miłość, chociaż świat na zewnątrz nie zawsze bywa pogodny,
Ja tam zwykle zamawiam "Najkrótszy sen Gustawa" i mix owoców leśnych. Nie wiem, co Wy wybierzecie. 
Krystyna Siesicka o swojej książce
Opinia na tylnej okładce
  





Autor: Krystyna Siesicka
Język oryginalny: polski 
Kategoria: Literatura piękna 
Gatunek: literatura dziecięca/młodzieżowa 
Forma: powieść 
Rok pierwszego wydania: 2004



Ta książka to jedna wielka masakra. O tyle co "Jezioro osobliwości" tej autorki bardzo mi się podobało to ten stwór w postaci "Trzynastego miesiąca poziomkowego" jest tragedią. Poziomem sądzę, że bardzo przypomina 'twórczość' Pani Moniki Szwaji/Szwai?. Nie wiem jak można wydać tak beznadziejną książkę na światło dzienne. Zero fabuły, styl irytujący, wiele informacji powtarzanych po conajmniej 3 razy a co jest to dość dużo ze względu na to, że książka ma niecałe 120 stron. Stanowcze nie dla tej książki! Bardzo się zawiodłam na autorce bo po pierwszej dobrej książce którą przeczytałam, miałam nadzieję, że poziom tej będzie
podobny.

Jak dla mnie ta książka zasługuję jedynie na ocenę (nawet nie wiem czy można to tak nazwać): 0/10. NIE polecam nikomu. Nawet jeśli ktoś miałby umierać z nudów...

sobota, 11 września 2010

"Stateczna i postrzelona" Monika Szwaja

"Stateczna i postrzelona" - oczywisty ukłon w stronę niezrównanej Jane Austen - sugeruje dwie bohaterki, i tak jest rzeczywiście: są dwie, mają dosyć różne charaktery i różne prowadzą życie  - jedna jest kustoszką w muzeum, druga luksusową narzeczoną biznesmena. Ten, niestety, okazuje się gangsterem, w dodatku pechowym: idzie siedzieć, a narzeczona zostaje na lodzie. Wraz z przyjaciółką i przyjaciółmi przyjaciółki rozpoczyna więc nowe życie - daleko od rodzinnego miasta w podupadającym ośrodku jeździeckim, który zamierzają przekształcić w kwitnące gospodarstwo agroturystyczne. Żadne z nich nie ma co prawda zielonego pojęcia o gospodarzeniu, ale od czegóż jest wrodzona inteligencja! Ponieważ wszyscy mieszkańcy Rotmistrzówki (nie wliczając starej rotmistrzowej) dysponują nie tylko inteligencją ale i wdziękiem i mołojecką fantazją, życie w dworku zaczyna się toczyć w zupełnie nowym tempie. Zwłaszcza kiedy w charakterze gościa przybywa dawna właścicielka domu i całej wsi, leciwa niemiecka baronowa. Dodajmy do tego skomplikowane perypetie sercowe i rodzinne, leciutki - i raczej dobrotliwy - powiew kryminału, sporo humoru, ciepła i życzliwości dla ludzi, a otrzymamy pełny obraz tej pogodnej i bardzo kobiecej powieści
Tył książki

Autor:  Monika Szwaja
Język oryginalny: polski 
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura współczesna polska
Forma: powieść

Nie sądziłam, że przeczytam kiedyś tak beznadziejną książkę. Co najbardziej raziło to język jakim została ona napisana. Czułam się jakby była ona skierowana dla dzieci poniżej piątego roku życia nie umiejących w ogóle czytać (określenia typu "facetka"). Nie była to w ogóle ambitna lektura. Aż żal cztery litery ściskał jak czytałam ten opis po przeczytaniu książki. "Powiew kryminału" - dobre sobie. Umieszczenie handlarza narkotykami jako 'byłego-prawie-męża" głównej bohaterki nie czyni książki kryminałem ani nie robi żadnego 'powiewu'. Historia bardzo prosta, żadnego urozmaicenia, żadnych przewrotów akcji, momentów zatrzymujących dech w piersiach.
Powieść napisana tak jakby w formie pamiętnika dwóch dziewczynek - a raczej podobno kobiet. Tylko niestety tutaj to się nie sprawdziło. Styl pisania 'pamiętników' zadziwiająco taki sam.  Żadnego odróżnienia w sposobie wyrażanych emocji, przedstawianych sytuacji, w  sposobie wyrażania się. Podobno jest to powieść o dwóch bohaterkach - niestety całość zdominowała irytująca mnie Emilka. 
Właściwie jest to dla mnie całkowite dno! Nie wiem czemu przeczytałam do końca tą książkę, chyba jedynie po to żeby z czystym sercem wszystkim wokół odradzać wszelkie książki Pani Moniki (chociażby przez jej styl pisania).
Żal łapie za serce, że takie coś zasługuje na miano "kobiecej" powieści.
Moja ocena: 0/10.
Related Posts with Thumbnails