poniedziałek, 18 marca 2019

'Facet (nie)potrzebny od zaraz' (2014) - film

Zosia rozstaje się z chłopakiem po tym, jak nakrywa go w swoim mieszkaniu z inną dziewczyną. Zdradzona, staje przed koniecznością ułożenia sobie życia na nowo. Dodatkowo sytuację świeżo upieczonej singielki komplikuje stary zakład, zgodnie z którym Zosia, uważana za typową kandydatkę na "starą pannę", nie może przyjść samotnie na ślub Anny  – koleżanki z lat szkolnych. Za namową przyjaciółki – Patrycji, postanawia odszukać facetów, którzy byli kiedyś ważni w jej życiu i sprawdzić, czy gdzieś po drodze nie przegapiła wielkiej miłości i czy któryś z "byłych" nie jest tym jedynym. Czy szczęśliwą "siódemką" okaże się uwielbiany przez studentki wykładowca Ksawery, popularny aktor Tomek, wzięty kompozytor Michał, zbuntowany romantyk Łysy, właściciel modnego klubu Janek lub poznany na ostrym dyżurze przystojny lekarz? Sześciu facetów i dziewczyna, która wciąż nie znalazła prawdziwej miłości... albo ją przegapiła. A może miłość to nie wszystko?



     Nie mając pomysłu co mogłabym obejrzeć w weekend postanowiłam dać kolejną szansę polskim produkcjom. Miałam ochotę na coś lekkiego i niewymagającego zbyt dużego skupienia, dlatego też mój wybór padł na "Facet (nie)potrzebny od zaraz". Nie jest to zbyt ambitne kino jednak na moje aktualne potrzeby całkiem dobrze się sprawdził.
     Zosia nakrywa swojego partnera z inną kobietą i postanawia się z nim rozstać. Wizja ułożenia swojego życia na nowo wydaję się być trochę przerażająca. Za namową przyjaciółki podejmuje wyzwanie i odszukuje swoich byłych partnerów by znów się z nimi spotkać. Co z tego wyszło? Dość przewidywalna komedia z dość żenującymi niektórymi momentami. Jednak według mnie jest to jeden z lepszych polskich 'odmóżdżacy' z jakimi dotychczas się spotkałam. Całkiem dobrze mi się oglądało ten film jako tło do prasowania. Jeśli jednak szukacie historię z intrygującą fabułą i zapierającym dech w piersiach romansem możecie się trochę przeliczyć.
     Gra aktorska niestety mnie nie zachwyciła. Żadna postać nie była zagrana idealnie czy chociażby bardzo dobrze. Niestety aktorzy nie porwali mnie swoim zaangażowaniem i ukazaniem odgrywanych przez siebie bohaterów. Idealnie do podsumowania tego elementu pasuje jeden wyraz - nijakość.
     Wątpię abym ponownie obejrzała ten film. Jest on dobry jedynie na jeden raz, umili czas ale bardzo szybko się o nim zapomni. I taką mam nadzieję, że nie będzie zbyt długo zaprzątał mojej głowy.
     Moja ocena: 4/10.

niedziela, 17 marca 2019

"Alienista" Caleb Carr




Nowy Jork, 1896 rok. Miastem wstrząsają makabryczne zabójstwa chłopców-prostytutek. Niezależnie od policji działa tajna grupa powołana przez Theodore'a Roosevelta, późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych: tytułowy alienista – dziś powiedzielibyśmy psychopatolog – Laszlo Kreizler, który wykorzystuje całą swą wiedzę, by stworzyć profil psychologiczny mordercy i w ten sposób wpaść na jego trop, dziennikarz John Schuyler Moor i Sara Howard, pierwszą kobieta zatrudniona przez nowojorską policję. Nowatorski dla kryminalistyki sposób działania grupy ma powstrzymać zabójcę, nim znów dokona zbrodni.

Opis książki





Autor: Caleb Carr
Tytuł oryginalny: The Alienist
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Naczyńska Zuzanna
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: thriller/sensacja/kryminał
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 1994
Rok pierwszego wydania polskiego: 1997
Liczba stron: 544



     Trochę wstyd się przyznać ale o książce "Alienista" usłyszałam dopiero gdy został nakręcony serial na jej podstawie. Gdy przeczytałam jej opis wiedziałam już, że chcę jak najszybciej ją przeczytać, ale ciągle było mi z nią nie po drodze. Wreszcie jednak udało mi się po nią sięgnąć i nie żałuję, że to zrobiłam.
     Może nie wszyscy się ze mną zgodzą lecz opis z którym mamy do czynienia na okładce jest według mnie wystarczający. Nie zdradza zbyt wiele, jednak daje czytelnikowi ogólny zarys tego czego się można tu spodziewać. Nie chcę wyjawiać kolejnych informacji dotyczących fabuły, gdyż może odebrać to przyjemność z lektury komuś, kto jeszcze nie sięgnął po tę pozycję. Według mnie akcja jest nieźle skonstruowana i wciąga już od pierwszych stron. Nie ma tu przewidywalności, która mogłaby zniechęcić do lektury, dzięki czemu możemy wraz z bohaterami przeżywać wszystkie wydarzenia i sytuacje z jakimi muszą się zmierzyć. Zakończenie było dla mnie dość zaskakujące, choć nie do końca mnie ono zadowoliło. Mam pewien niedosyt pomimo, że nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Jednak sama treść jako całość bardzo mi się podobała.
     Bohaterowie zostali dobrze wykreowani i nie mam im nic do zarzucenia. Nie ma możliwości aby pomieszać ich ze sobą, nie zlewają się w jedną całość. Wzbudzili we mnie wiele emocji, nie zawsze te pozytywne. Nie wszystkich polubiłam już od samego początku lecz byłam w stanie ich tolerować w tej powieści.
     Styl autora zaskakująco przyjemny w odbiorze. Choć niektóre opisy były dość dosadne, wzbudzały momentami wręcz niesmak, to rzadko kiedy udaje się pisarzom  wywołać w czytelniku takie odczucia. Dzięki sposobowi w jaki stworzył historię ciężko było mi się od niej oderwać i gdyby nie codzienne obowiązki przeczytałabym ją zapewne w jeden wieczór. Wydanie papierowe, które miałam w swoich rękach ma tylko jedną wadę - klejone strony. W tym przypadku nawet okładka serialowa mi nie przeszkadzała, choć za takowymi nie przepadam, gdyż ma w sobie coś co przyciąga do siebie.
     Nie żałuję, że sięgnęłam po tę pozycję i mam własny egzemplarz na półce. Na prawdę miło spędziłam czas podczas lektury "Alienisty", a sama historia jest na tyle intrygująca, że zapewne niebawem obejrzę również serial. Całe szczęście mam już u siebie kolejny tytuł tego autora po który będę mogła sięgnąć w każdej chwili, gdy tylko najdzie mnie ochota :).
     Moja ocena: 8/10.

poniedziałek, 11 marca 2019

'Paryż jest nasz' (Paris est à nous, 2019) - film









W dręczonym konfliktami społecznymi Paryżu dochodzi do kilku tragedii. Tymczasem młoda kobieta próbuje się odnaleźć w burzliwym związku.










     Ta opinia będzie krótka, zwięzła i na temat, a przynajmniej mam taką nadzieję. Według mnie ten film był bardzo zły i żałuję każdej minuty jaką na niego poświęciłam. A mogło być tak dobrze...
     Fabuła w tym przypadku nie istnieje. Nie odnalazłam tu spójnej treści, która z tych urywanych scen, miałaby jakikolwiek sens. Takie pomieszanie z poplątaniem, które raczej od siebie odpycha niż przyciąga. Sporo ujęć nakręcona jakby przez osobę z atakiem padaczki, a przez efekty jakie tu wykorzystano sama miałam wrażenie, że mogłabym zachorować... Kolejny problem to dźwięk - o ile muzyka była puszczana bardzo głośno tak w niezbyt inspirujące dialogi trzeba się było wsłuchiwać. Sprawdzałam jeszcze inne treści - z moimi głośnikami wszystko jest jak najbardziej w porządku. Kolejną kwestią, która mnie rozczarowała to gra aktorska. Żaden z aktorów nie wypadł tu przekonująco, a nijakość to byłoby zbyt pozytywne wyrażenie na określenie tego co tu dostałam. Jestem stanowczo na nie.
     Jestem ogromnie rozczarowana tym filmem. Jedynym plusem w tym przypadku może być sam tytuł, jednak na tym wszystko się kończy. "Paryż jest nasz" - według mnie zapamiętajcie aby omijać tę produkcję szerokim łukiem. Chyba, że to ze mną jest coś nie tak i nie potrafię docenić tak "genialnego" dzieła...
     Moja ocena: 1/10.

niedziela, 10 marca 2019

"O psie, który wrócił do domu" W. Bruce Cameron

Kiedy Lucas Ray przygarnia małą Bellę, od razu wie, że ten uroczy szczeniaczek odmieni jego życie na lepsze. Piesek również czuje, że trafił na swojego człowieka i chce być dla niego najlepszym zwierzakiem na świecie.
Lucas nie może zatrzymać Belli w swoim mieszkaniu. Postanawia podjąć ryzyko i zabiera ją do szpitala, w którym pracuje. Piesek wnosi mnóstwo radości do życia pacjentów. Jednak Bella zostaje uznana za pitbulla, rasę, która w Denver jest zakazana. Zrozpaczony Lucas musi rozstać się z ukochaną Bellą, która zostaje wywieziona do innego domu poza granice stanu.
Mimo wszystko piesek nie zamierza żyć z dala od swojego najlepszego przyjaciela i postanawia wziąć sprawy we własne łapy. Bella staje przed ważnym wyzwaniem. Musi odnaleźć drogę do swojego człowieka. Musi wrócić do domu. Czy jeszcze zobaczy Lucasa?
Opis książki




Autor: W. Bruce Cameron
Tytuł oryginalny: A Dog’s Way Home
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Świerczyńska Edyta
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: społeczna, obyczajowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2017
Rok pierwszego wydania polskiego: 2018
Liczba stron: 392



     Uwielbiam książki z psim motywem, choć nie spotkałam się dotychczas z wieloma tytułami z nimi związanymi. Dostępne na polskim rynku pozycje W. Bruce Camerona pochłonęłam z wielką przyjemnością, dlatego też nie mogłam przejść obojętnie obok najnowszej jego powieści, czyli "O psie, który wrócił do domu".
     Bella jako szczeniak trafia do Lucasa. Od razu czują, że trafił "swój na swego", jednak jest jeden problem - właściciel mieszkania nie pozwala na trzymanie w nim zwierząt... Historia tego w jakich okolicznościach pies musiał uciekać i to jak udało mu się jednak wrócić do swojego właściciela Lucasa jest przepełniona emocjami. W tej pozycji można odczuć, że jest to raczej powieść dla trochę młodszego odbiorcy, jednak ja również jestem w stanie ją docenić, choć mam już prawie trzydzieści lat. Już od pierwszych stron przywiązałam się do bohaterów i kibicowałam na każdym kroku aby udało znaleźć się rozwiązanie ich problemów. Możliwe, że nie potrafię spojrzeć obiektywnie na treść, gdyż już sama okładka przykuwa wzrok, a historia z perspektywy zwierzęcia dla takiej zwolenniczki psów jak ja to coś idealnego co kupuje mnie już na samym początku.
     Bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Niektóre postacie się kocha albo nienawidzi ale nie ma tu miejsca na nijakość. Ani jedna osoba czy zwierz nie przejdzie niezauważona, bez echa. Choć nie wszystkie czyny i podejmowane działania przez bohaterów mi się podobały, to jednak jesteśmy w stanie zrozumieć co nimi w danym momencie kierowało.
     Styl autora lekki w odbiorze, przez co z trudem było mi się oderwać od lektury, a samą książkę udało mi się przeczytać w zastraszająco szybkim tempie. Jednak nic co dobre nie może trwać wiecznie. Wydanie elektroniczne, które czytałam na swoim Kindlu zostało dobrze przygotowane i nie mam pod tym względem nic do zarzucenia.
     Jestem oczarowana tą książką. Wiem, że jest tu kilka mankamentów, jednak to jaką przyjemność sprawiła mi jej lektura to już pozostanie moje :). Jestem pewna, że sięgnę po kolejne tytuły tego autora jeśli znów napisze coś o psach.
     Moja ocena: 7/10.

sobota, 9 marca 2019

'Światło między oceanami' (The Light Between Oceans, 2016) - film


Bohater wojenny Tom Sherbourne przyjmuje posadę latarnika na bezludnej wyspie u wybrzeży Australii. Wkrótce przybywa do niego ukochana żona Isabel. Zakochani żyją tu szczęśliwie w rytmie przypływów i odpływów oceanu. Ich największym, niespełnionym pragnieniem jest dziecko. Miesiące bezowocnych starań, dwa poronienia i pogłębiające się uczucie oddalenia zaczyna wpędzać Isabel w depresję. I wtedy zdarza się cud: do wybrzeży wyspy dobija mała łódź, na której pokładzie Tom znajduje martwego mężczyznę i żywe niemowlę. Pod namową Isabel, wiedziony odruchem serca, Tom łamie swoje surowe zasady i godzi się przyjąć dziecko jako własne. Szczęście świeżo upieczonych rodziców wkrótce zaczyna blaknąć, gdy okazuje się, że w okolicy od miesięcy zrozpaczona matka poszukuje zaginionego męża i maleńkiego dziecka.





     Niedawno skończyłam czytać książkę autorstwa M.L. Stedman "Światło między ocenami", która mnie oczarowała. Postanowiłam pójść 'za ciosem' i obejrzałam ekranizację tej powieści. Moim zdaniem jest to naprawdę dobra produkcja, która jak na adaptację jest jedną z lepszych z jakimi dotychczas się spotkałam.
     Będąc po lekturze książki już wiedziałam jakiej historii mogę się spodziewać. Pomimo to nadal wywarła ona na mnie takie samo ogromne wrażenie. Jest to opowieść o małżeństwie mieszkającym na wyspie Janus Rock. Tom jest latarnikiem na tej prawie bezludnej wyspie, a jego żona Isabel wiedzie szczęśliwe życie u jego boku. A przynajmniej do momentu, gdy nie może poradzić sobie ze stratą ukochanych nienarodzonych dzieci. Na ich drodze pojawiają się jednak pewne okoliczności wywracające ich życie do góry nogami. Jestem pozytywnie zaskoczona, że nie wprowadzono zbyt wielkich zmian w fabule, dzięki czemu to co mnie tak zachwyciło w powieści zostało również ukazane w filmie i nadal mogłam czerpać przyjemność z tej historii. Większość scen nadających sens działaniom bohaterów została w miarę logicznie przedstawiona i nie powstało zbyt wiele nieścisłości.
     Gra aktorska na bardzo dobrym poziomie. Moim zdaniem wszyscy aktorzy zostali dobrani do swoich ról idealnie, dzięki czemu nie miałam wrażenia, że coś mi zgrzyta i odpycha od dalszego oglądania. Zarówno główni bohaterowie, jak i ci dalszoplanowi dali radę i świetnie sobie poradzili z całokształtem swoich postaci. Przynajmniej moje wyobrażenie po lekturze na temat konkretnych osób zostały tutaj bardzo dobrze ukazane.
     Mam wrażenie, że o tym filmie jest stanowczo za cicho, za mało się o nim mówi. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nie zostanie zapomniany w natłoku innych tytułów, które nie są tak dobre. Jak dla mnie "Światło między oceanami" to jedna z lepiej zrealizowanych ekranizacji, która podbiła ostatnimi czasu moje serducho. Jedyne czego mogę żałować to to że zabrałam się zarówno za książkę jak i film tak późno.
     Moja ocena: 8/10.

niedziela, 3 marca 2019

"Zakręty losu" Agnieszka Lingas-Łoniewska

Dramat sensacyjny opowiadający o życiu pełnym pokus, zagrożeń, zgubnych nałogów, fałszywych idei, mafii i wielkiej miłości.
Pierwsza część trylogii o braciach Borowskich, pełna wzruszeń, łez i namiętności. Poznajemy Krzysztofa Borowskiego, adwokata broniącego bossów narkotykowej mafii, Katarzynę Kochańską, prokurator oskarżającą w procesie zorganizowanej grupy przestępczej, Łukasza „Lukasa” Borowskiego, starszego brata Krzysztofa, od najmłodszych lat działającego w mafijnych strukturach oraz Małgorzatę Filipiak – dziewczynę, której tragiczny los na zawsze odbił się rykoszetem na życiu pozostałej trójki. 
Co jest dla nich najważniejsze? Na nowo odzyskane uczucie czy braterska miłość? A może etyka zawodowa i wiara w słuszność podejmowanych decyzji? Rozwiązanie wcale nie jest oczywiste, a co najważniejsze... bezpieczne.
Opis książki




Autor: Agnieszka Lingas-Łoniewska
Język oryginalny: polski
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura polska
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2010
Liczba stron: 354



     W zeszłym roku przeczytałam książkę "Wszystko wina kota!" od Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Zrobiła ona na mnie bardzo pozytywne wrażenie, dlatego też ostatnio podczas wizyty w bibliotece postanowiłam wypożyczyć inny tytuł tej pisarki. Mój wybór padł na "Zakręty losu", czyli pierwszy tom trylogii. Mam wrażenie, że nie było tu aż tak ciekawie jak przy moim pierwszym spotkaniu z twórczością autorki...
     Historia przedstawiona na kartach tej powieści jest na swój sposób intrygująca, potrafiąca zainteresować czytelnika już od pierwszych stron. Jednak było tutaj coś, czego nie jestem w stanie chyba odpowiednio nazwać, co mnie straszliwie irytowało. Nie do końca przekonała mnie sama relacja pomiędzy Krzysztofem i Katarzyną, zarówno gdy byli nastolatkami, jak i te kilkanaście lat później. Momentami czułam wręcz do nich niechęć i z niecierpliwością wypatrywałam następnej sceny, gdy ta dwójka nie będzie miała ze sobą do czynienia. Również nie do końca czułam klimat zdarzeń związanych z mafią, nie czułam aż takiej grozy, niepewności co się za chwilę stanie. Akcja została bardzo zgrabnie pociągnięta i nie sądzę aby można się nudzić podczas lektury, jednak brakowało mi tego czegoś co spowodowałoby, że moje odczucia będą pozytywniejsze.
     Bohaterowie, choć dobrze wykreowani to przez większą część lektury nie byłam w stanie się z nimi polubić. Mieli w sobie jakiś drażniący mnie element, przez co nawet nie miałam momentami ochoty starać się zrozumieć ich poczynań. Postacie dalszoplanowe również nie wywarły na mnie aż takiego wrażenia. Będąc jedynie kilka dni po lekturze już niektórych osób nie pamiętam i nie potrafiłabym ich nawet wymienić z imienia.
     Styl autorki bardzo lekki i przyjemny w odbiorze, dzięki czemu przez książkę można bardzo szybko wręcz "przepłynąć". Mam wrażenie, że nie ważne o czym by pisarka napisała i tak bym czerpała radość z tego, że mogę coś przeczytać co wyszło spod jej pióra. Wydanie papierowe ma tylko jedną wadę - klejone strony, przez co egzemplarz biblioteczny, który miałam w rękach miał już zadatki do tego by się niestety rozpaść, choć pozostaje mi mieć nadzieję, że jeszcze trochę posłuży innym czytelnikom.
     Czuję się trochę rozczarowana "Zakrętami losu". Po poprzedniej książce tej autorki może miałam trochę inne oczekiwania w stosunku do tego co mogę tutaj znaleźć. Jestem jednak pewna, że sięgnę po kolejną jej książkę i nie będę się zniechęcać po tym tytule. Jak już się wcześniej okazało, wiem, że twórczość tej Pani może jednak trafić w moje gusta.
     Moja ocena: 5/10.

czwartek, 28 lutego 2019

Podsumowanie lutego 2019


 
Luty to kolejny miesiąc, który minął mi w szalonym tempie. Jednak coraz częściej zastanawiam się nad tym co jest naprawdę ważne i niekoniecznie podoba mi się to co widzę u siebie... Jednak przechodząc do spraw związanych z blogiem - serdecznie zapraszam Was do lektury podsumowania czytelniczo-filmowego lutego 2019.




Luty książkowo

- liczba przeczytanych książek: 5
- łączna liczba stron: 1 952

Nie jest źle, choć zawsze mogło być lepiej :). Początek i koniec miesiąca był moim zdaniem udany lecz te lektury na które trafiłam "po środku" najłagodniej mówiąc są po prostu średnie. Największe wrażenie zrobiła na mnie pozycja "Światło między oceanami", którą jestem wręcz oczarowana i zamierzam do niej powracać.


Luty filmowo

- liczba obejrzanych filmów: 5
Filmowo było niestety bardzo przeciętnie. Jedynie tytuł "W starym, dobrym stylu" mnie nie zawiódł, choć ma on pewne swoje małe mankamenty.


Mam nadzieję, że Wam udało się trafić na same dobre tytuły a następny miesiąc był jeszcze lepszy niż ten.

środa, 27 lutego 2019

'W starym, dobrym stylu' (Going in Style, 2017) - film






Trzej najlepsi kumple – Willie, Joe i Al decydują się przełamać stereotyp spokojnych emerytów i po raz pierwszy w życiu zejść ze ścieżki prawości, kiedy ich fundusz emerytalny zostaje zlikwidowany. Aby samodzielnie opłacać swoje rachunki i nie stać się ciężarem dla najbliższych, trzej zdesperowani przyjaciele stawiają wszystko na jedną kartę i postanawiają napaść na ten sam bank, który pozbawił ich pieniędzy.








     O filmie "W starym dobrym stylu" przed seansem nie wiedziałam prawie nic. Jedynie zaznajomiłam się z opisem, który wydał mi się na tyle intrygujący, że postanowiłam obejrzeć tę produkcję. Całe szczęście tym razem się nie zawiodłam.
     Gdy trójka przyjaciół dowiaduje się, że ich fundusz emerytalny został zlikwidowany, a ich spokojna przyszłość może zostać zniszczona w ich głowie rodzi się niecny plan. Postanawiają wziąć swój los we własne ręce i zatroszczyć się o najbliższe lata. Choć miałam jedynie nadzieję na przyjemną komedię, dzięki której odpocznę po gorszym dniu to pozytywnie się zaskoczyłam. Akcja została ciekawie pociągnięta, dzięki czemu nie nudziłam się podczas oglądania. Pomimo, że niektóre sceny były do przewidzenia, nie poczułam takiego ogromnego zawodu gdy miały jednak one miejsce. Współgrały one z całością i nadawały one po prostu niektórym zdarzeniom większy sens.
     Gra aktorska według mnie na bardzo dobrym poziomie. Główni bohaterowie zostali idealnie dobrani do swoich ról. W szczególności Morgan Freeman jako Willie mnie nie zawiódł i trzymał swój wysoki poziom. Osobiście jeszcze nie spotkałam się z filmem w którym by aktorsko źle wypadł. Również nie mam nic do zarzucenia postaciom dalszoplanowym, które miały większy lub mniejszy wkład w pozytywny odbiór tego tytułu.
     Cieszę się, że mój wybór padł ostatnio na "W starym dobrym stylu". Pomimo że nie jest to rewelacyjne kino to bardzo dobrze mi się oglądało ten film, w szczególności, że padło na niego trochę na "chybił-trafił". Według mnie warto zobaczyć jeśli jeszcze nie zetknęliście się z tym tytułem.
     Moja ocena: 7/10.

niedziela, 24 lutego 2019

"Światło między oceanami" M. L. Stedman

1920. Tom Sherbourne, inżynier z Sydney, odznaczony za odwagę na froncie I wojny światowej, decyduje się przyjąć posadę latarnika na Janus Rock, niezamieszkanej wysepce położonej w odległości ponad 100 mil od wybrzeży Australii. Kilkanaście miesięcy później dołącza do niego Isabel, dopiero co poślubiona piękna młoda żona – kochająca, radosna, gotowa dzielić z nim surowe życie na otoczonym oceanem skrawku ziemi o powierzchni kilkuset hektarów. Oboje wierzą, że odnajdą tu upragnione szczęście. Niestety, los wystawia parę na ciężką próbę. Po dwóch poronieniach i wydaniu na świat martwego chłopca Isabel dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć dzieci; popada w depresję. I wówczas zdarza się cud: do brzegu wyspy przybija zepchnięta przez fale łódź z ciałem martwego mężczyzny i zawiniętym w sweter płaczącym niemowlęciem. Ulegając namowom żony, kierując się głosem serca, a nie wyznawanymi zasadami moralnymi, Tom podejmuje decyzję, której konsekwencje położą się cieniem na życiu wielu ludzi...
Opis książki



Autor: M. L. Stedman
Tytuł oryginalny: The Light Between Oceans
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Dobrzańska Anna
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura zagraniczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2012
Rok pierwszego wydania polskiego: 2013
Liczba stron: 432



     Książka pt. "Światło miedzy oceanami" czekała na mojej półce na swoją kolej już od dobrych dwóch lat. Bliska mi osoba ostatnio bardzo pozytywnie wypowiadała się na temat tej pozycji, przez co nabrałam ogromnej ochoty na zaznajomienie się z jej treścią. A, że wreszcie wypadało by zacząć sukcesywnie pozbywać się 'stosiku hańby' w postaci zalegających nieprzeczytanych tytułów, stwierdziłam, że jest to moment idealny aby wreszcie po nią sięgnąć.
     Tom, po trudach na froncie podczas I wojny światowej, decyduje się na podjęcie pracy na latarnika na wyspie Janus Rock. W trakcie jednej z podróży poznał piękną i niewinną Isabel, która straciła dla niego głowę. Gdy już jako żona przybywa do wybranka na wyspę akcja rozkręca się na dobre. Przed lekturą nie czytałam dokładnego opisu tej książki, a od dobrej duszy słyszałam jedynie ogólne pozytywne wrażenia, więc nie wiedziałam jakiego typu historii mogę się spodziewać. Dzięki temu poznawanie tej historii było dla mnie na swój sposób magiczne, a z każdym następnym rozdziałem szczęka coraz bardziej miała ochotę opaść mi na ziemię. Jestem pod ogromnym wrażeniem w jaki sposób została tutaj stworzona historia, od której trudno było mi się oderwać. Moim zdaniem nie ma tu żadnych niepotrzebnych scen, które by bezsensownie wydłużały akcję, jednak nie mam również poczucia niedosytu. Nie wiem, co mogę jeszcze napisać, gdyż ta książka porwała mnie swą treścią całkowicie.
     Bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Wszystkie postacie wzbudzały we mnie przeróżne emocje, o żadnej nie da się zapomnieć i nikt nie pozostał obojętny. Można niektóre osoby polubić, inne znienawidzić jednak każdy miał swoistą historię i przeżycia, przez które jesteśmy w pewnym stopniu zrozumieć pobudki nimi kierujące. Osobiście jestem naprawdę zadowolona z tego w jaki sposób zostali tu przedstawieni bohaterowie.
     Styl autorki przyjemny w odbiorze, dzięki czemu z ogromną lekkością możemy całkowicie wciągnąć się w przedstawioną na kartach tej powieści historię. Kreacja świata w którym ma miejsce akcja czy sama historia, zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, przez co tak łatwo nie zapomnę moich odczuć, które mi towarzyszyły podczas czytania. Wydanie papierowe zrobione przyzwoicie a jedyną wadą są klejone strony. Mam nadzieję, że mój egzemplarz tak szybko się nie rozpadnie, gdyż zamierzam w przyszłości powrócić do tego tytułu.
     Moim zdaniem "Światło między oceanami" to bardzo dobra książka. Choć nie mogę jej dać maksymalnej oceny, to i tak uważam, że warto się z nią zapoznać. Ja żałuję tylko, że zrobiłam to tak późno a nie mam nic na własną obronę, żeby to sobie jakoś wytłumaczyć.
     Moja ocena: 8/10.

piątek, 22 lutego 2019

'Nie cierpię walentynek' (I Hate Valentine's Day, 2009) - film





Genevieve Gernier, właścicielka kwiaciarni "Róże dla zakochanych", ma ściśle określone podejście do kwestii miłości. Randki – owszem, stały związek – absolutnie nie! Jej życiowa filozofia dopuszcza możliwość spotkania się z facetem tylko 5 razy. Gwarantuje to namiętny romans, ale absolutnie bez zobowiązań i ryzyka „złamania” serca. Jednak pewnego dnia poznaje właściciela sąsiadującej restauracji. Greg jest przystojny, zabawny, czarujący… Randkowa teoria Genevieve zaczyna chwiać się w posadach.






     Walentynki to dość specyficzne 'święto', które ma tak samo wielu fanów, jak i przeciwników. Każda grupa ma swoje argumenty i niekoniecznie jest gotowa przyjąć do świadomości opinię tych drugich. Choć tegoroczne zamieszanie jest już za nami i tak postanowiłam zabrać się za film o tytule "Nie cierpię walentynek". Nie spodziewałam się zbyt wiele po tej produkcji i dzięki temu moje rozczarowanie nie jest aż tak ogromne.
     Genevieve ma dość specyficzne podejście do randkowania. Nie uznaje ona stałych związków, a na randki chodzi tylko pięć razy z jednym mężczyzną. Gdy na swojej drodze spotyka Grega początkowo nic nie wskazuje, że pojawią się problemy, mogące zmienić jej stosunek do miłości... Jak przystało na typową komedię romantyczną mamy tutaj schemat już bardzo dobrze znany z innych tego typu produkcji. Nie znajdziemy tu zaskakującego zakończenia, tylko powielany i często już drażniący motyw w postaci happy-endu. Choć nie powinno to już nikogo zdziwić to nadal się taki element pojawia. Co prawda nie jestem fanką tego gatunku, lecz w tym filmie znalazłam jednak coś innego, z czym dotychczas się nie spotkałam. Jest to ogromnie pozytywna energia, która wręcz "daje po oczach" podczas seansu. Mam wrażenie, że można to zawdzięczać głównie kreacji bohaterów, którzy choć absurdalni, to byli dla mnie najmocniejszym elementem tego filmu. Jeśli jednak ktoś oczekuje zaskakujących zwrotów akcji i wciągającej fabuły to może się zawieść, lecz aspekt komediowy jest tu trochę lepszy niż w większości komedii romantycznych z którymi miałam styczność. Nadal nie jest rewelacyjnie, choć też nie czułam się aż tak bardzo zażenowana podczas oglądania tego filmu.
     Gra aktorska niestety nie jest wybitna, chociaż miała w pewien sposób swój urok. Miałam wrażenie, że momentami było bardzo drętwo a same postacie nie do końca są w pełni przekonujące. Jednak mimo moich zastrzeżeń miały w sobie coś, dzięki czemu nie miałam ochoty wyłączyć filmu już po pierwszych minutach. Będąc już po seansie nie czuję potrzeby oglądania konkretnych aktorów w innych produkcjach,lecz nie będę odrzucać innych tytułów jeśli ich nazwiska pojawią się w interesującym mnie filmach.
     "Nie cierpię walentynek" choć jest schematyczną komedią romantyczną to absurdalni i nietuzinkowi bohaterowie ratują tę produkcję. Można jej wiele zarzucić, jednak ma w sobie coś dzięki czemu wyróżnia się na tle wielu innych. Co prawda nie zamierzam powracać do tego tytułu, jednak może znajdzie się ktoś kogo zainteresuje ten film a jeszcze o nim nie słyszał.
     Moja ocena: 4/10.
Related Posts with Thumbnails