środa, 15 sierpnia 2018

'Ojciec roku' (Father of the Year, 2018) - film











Dwaj przyjaciele zastanawiają się, czyj ojciec wygrałby bójkę. Sprawy wymykają się spod kontroli, kiedy jeden z nich postanawia to sprawdzić.










     Czasami mam takie momenty, gdy wybieram filmy na "chybił trafił". Tak właśnie było w przypadku produkcji "Ojciec roku". Niestety, jak dla mnie, ten tytuł był całkowicie chybiony... Nie wiem czy powinnam być z siebie dumna czy nie, ale dotrwałam do końca i z czystym sumieniem mogę co nieco napisać na temat tego czegoś.
     Dwaj kumple mają specyficznych ojców. Pewna sytuacja doprowadza ich do rozważań na temat tego, który z ich rodzicielów wygrałby bójkę. Niestety sama fabuła została poprowadzona w mało ciekawy sposób, przez co miałam problem z wciągnięciem się w daną produkcję. Moim zdaniem znajdziemy tutaj typowy humor dla podrzędnych amerykańskich komediowych filmów, które niestety nie trafiają w mój gust. Mam wrażenie, że jest tutaj podobny poziom 'komedii' jak w przypadku "American Pie", które nie trafiło w moje upodobania. Podczas seansu niestety raczej się wymęczyłam aniżeli zrelaksowałam. Nawet dla mnie pozostanie zagadką jak mi się udało wytrwać do końca.
     Gra aktorska też nie jest elementem, który mogłabym jakoś bardzo docenić. Chyba najbardziej naturalnie wypadli aktorzy dalszoplanowi, pojawiający się gdzieś w tle, bez żadnych scen mówionych. Główni bohaterowie może i zostali dobrze obsadzeni, lecz dla mnie poziom tego co tutaj zostało przedstawione nie jest aż tak idealny.
     Film "Ojciec roku" jest dla mnie totalną 'klapą roku'. Jestem pewna, że nigdy więcej nie powrócę do tego tytułu, a jedyne co mogę zrobić to starać się trzymać od tego typu produkcji jak najdalej. Każdy film znajdzie swoich zwolenników, jednakże w tym przypadku nie należę do tej grupy.
     Moja ocena: 2/10.

czwartek, 9 sierpnia 2018

"Trzy i pół sekundy" Amanda Prowse




Grace i Tom Penderford to zgodne i szczęśliwe małżeństwo, które wiedzie sielankowe życie na angielskiego prowincji, wychowując córeczkę Chloe. Mała dziewczynka jest ich oczkiem w głowie. Wkrótce po trzecich urodzinach Chloe świat rodziny legnie w gruzach. Dziecko nagle zapada na sepsę, która na zawsze rozbija szczęśliwą trójkę, odbierając rodzicom ukochany skarb.
Co trzy i pół sekundy podstępna choroba zabija jednego człowieka na świecie.
Stojąc w obliczu niewyobrażalnej tragedii, Grace i Tom muszą nauczyć się radzić sobie z cierpieniem. Obydwoje za wszelką cenę będą starali się ocalić swoje serca i walczyć o wspólną przyszłość.
Opis książki






Autor: Amanda Prowse
Tytuł oryginalny: Three-and-a-Half Heartbeats
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Świerczyńska Edyta
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura zagraniczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2015
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 312



     Autorkę Amandę Prowse kojarzę z jej powieści "Świąteczne marzenie". Niestety nie była to najlepsza powieść jaką kiedykolwiek przeczytałam, jednak postanowiłam dać kolejną szansę pisarce. Widząc w bibliotece tytuł "Trzy i pół sekundy" miałam nadzieję, że będzie lepiej. Z przykrością muszę przyznać, że również ta powieść nie za bardzo mnie zachwyciła...
     Grace i Tom to szczęśliwe małżeństwo. Ona zarabia pieniądze, on zajmuje się domem, lecz nie stało to im na przeszkodzie żyć w harmonii i zgodzie. Ich świat się sypie gdy ich córeczka Chloe umiera. Przedstawiony został tutaj poruszający temat przechodzenia przez różne etapy żałoby. Momentami współczułam bohaterom, choć nie wszystkie ich zachowania rozumiałam. Niestety podczas lektury odniosłam wrażenie, że wszystko jest przedstawione zbyt chaotycznie a zarazem patetycznie. Jakby fakt, że małżeństwo straciło córkę miało być powodem do dumy, a zamiast okazania pewnego rodzaju współczucia przestawianie ich jako nie wiadomo jakich bohaterów. Również uważam, że całkowicie niepotrzebny był epilog, który jeszcze bardziej zepsuł wydźwięk tej historii.
     Bohaterowie nie zostali niestety jakoś w rewelacyjny sposób wykreowani. Nie potrafiłam wczuć się w ich sytuację, a jedyne co we mnie wzbudzali to współczucie. Styl autorki - początkowo powieść była napisania bardzo topornie, przez co ciężko się było mi się wciągnąć w lekturę. Jak już się przyzwyczaiłam do sposobu w jaki została ona napisana to już prawie się skończyła a zakończenie niestety ogromnie mnie zawiodło.
     Wydanie papierowe jest chyba najlepszym aspektem całej książki, choć i ono ma swoje wady. Niestety są tu klejone strony, lecz o dziwo jak na egzemplarz biblioteczny, akurat ten trzymał się jeszcze całkiem nieźle. Oprawa graficzna może przykuć uwagę i cieszyć oko czytelnika, jednak nie jest to element który sprawi, że moje wrażenia z samej lektury będą aż na tyle lepsze.
     Niestety "Trzy i pół sekundy" nie sprawiło, że polubiłam tę autorkę. Możliwe, że jeszcze kiedyś dam jej kolejną szansę ale na razie nie widnieje ona w moich najbliższych planach. Jestem ciekawa, czy tylko ja mam takie nieudane próby co do twórczości Amandy Prowse.
     Moja ocena: 4/10.

wtorek, 7 sierpnia 2018

'Megamocny' (Megamind, 2010) - film






Wypełniony akcją wysokich lotów i nieprzerwanymi salwami śmiechu "Megamocny" ukazuje świat super bohaterów w nowy, przezabawny sposób. Marzenia super złoczyńcy MegaMocnego spełniają się z chwilą pokonania obrońcy miasta MetroMana, co umożliwia sprawowanie całkowitej kontroli nad MetroCity. Kiedy jednak stworzony zostaje nowy czarny charakter, który sieje chaos, największy zły umysł na świecie oraz jego sprzymierzeniec Minion muszą wkroczyć do akcji i wybawić miasto z pułapki.






     Czasem potrzebuję czegoś co mnie rozluźni, rozbawi i nie będzie wymagało ode mnie całkowitego skupienia, jednocześnie czegoś co nie jest głupiutką komedią, która jedynie wkurzy widza. Zazwyczaj w takich momentach sięgam po animacje. Choć nie jestem ich docelowym odbiorcą mając już prawie trzydzieści lat i tak uwielbiam je oglądać.
     Odwiecznym wrogiem superzłoczyńcy zwanego MegaMocnym jest MetroMan. Walczą oni od wielu lat o dominację nad miastem. W momencie gdy zło zwycięża dobro niebieski geniusz nie wie co ma ze sobą w końcu zrobić. Doprowadza to do wielu kuriozalnych momentów, które mogą wywołać uśmiech na twarzy. Wątek walki dobra ze złem jest dość często wykorzystywany w tego typu produkcjach, jednak w takim wykonaniu nadal mi się nie nudzi. Było wiele przezabawnych sytuacji, dzięki którym widz może docenić to co tutaj się dzieje. Całe szczęście nie było nic przedstawione w zbyt nachalny sposób, nie została z tego tytułu zrobiona moralizatorska propaganda, lecz przyjemna bajka z której jednak każdy coś dla siebie wyniesie.
     Sama realizacja tej produkcji jest bardzo dobra. Polski dubbing idealnie współgra z treścią i postaciami z jakimi przyszło się obsadzie zmierzyć. Błędów nie zauważyłam, lecz podczas seansu raczej skupiłam się na czerpaniu przyjemności aniżeli na wychwytywaniu potyczek osób odpowiedzialnych za realizację.
     "Megamocny" to przyjemna animacja, dzięki której mogłam się zrelaksować. Nie jest to co prawda aż tak dobre jak "Shrek", choć i tak nie uważam aby czas spędzony podczas oglądania był czasem zmarnowanym. Jeśli jeszcze nie widzieliście to zachęcam do nadrobienia.
     Moja ocena: 7/10.

niedziela, 5 sierpnia 2018

"Kirke" Madeline Miller


 
Kirke długo nie wiedziała, kim jest. Urodziła się wśród bogów, lecz była dla nich zbyt mało potężna. Zbyt mało piękna. Zbyt mało okrutna. Wszyscy myśleli, że nie ma żadnej mocy. Lecz kiedy spotkała pierwszego śmiertelnika, stało się jasne, że drzemie w niej siła, która może zagrozić wszystkim bogom. A wtedy zaczęli się bać. 
Kirke musiała zapłacić za ich strach. Odtrącona przez bogów i ludzi, była zmuszona radzić sobie sama. Kolejne próby, przed którymi postawił ją los, przygotowywały ją do tej najważniejszej. Aby chronić to, co kocha, Kirke będzie musiała zebrać wszystkie siły i zdecydować raz na zawsze, czy należy do bogów, z których się urodziła, czy do śmiertelników, których pokochała.

Opis książki






Autor: Madeline Miller
Tytuł oryginalny: Circe
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Korombel Paweł
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: fantasy
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2018
Rok pierwszego wydania polskiego: 2018
Liczba stron: 414



     Uwielbiam mitologię grecką, dlatego też gdy zobaczyłam tę pozycję wiedziałam, że muszę ją kupić i przeczytać. Wiem też, że nie powinno oceniać się książki po okładce ale ta ma przepiękną oprawę graficzną! Gdy już trafiła ona w moje ręce to rzuciłam wszystko inne i zabrałam się za lekturę.
     Sama Kirke nie dorobiła się swojej spektakularnej historii, jest ona bardziej znana z pewnych pobocznych wątków o innych bohaterach. Tutaj poznajemy jej dzieje na przestrzeni wielu lat. Wydawać by się mogło, że nie da się napisać ciekawej treści na podstawie tak mało znaczącej postaci jednak nic bardziej mylnego. Fabuła jest bardzo dobrze poprowadzona i tak ciekawie przedstawiona, że z łatwością możemy zatopić się w tym świecie. Jeśli ktoś mniej więcej kojarzy mitologię to bez problemu odnajdzie się z mnogością bohaterów, będzie w stanie połapać się na temat danych wydarzeń i odpowiednio je przypisać. Będąc po lekturze tej powieści mam ochotę znów powrócić do "Mitologii" Jana Parandowskiego i znów znaleźć się wśród tych postaci.
     Bohaterowie zostali genialnie wykreowani. Na stronach tej powieści możemy doskonale poznać Kirkę, która wraz z upływem czasu rozwija się i z niepozornej dziewczynki staje się silną kobietą. Również pozostałe postacie z którymi miała styczność główna bohaterka zostały przedstawione w taki sposób, że niełatwo będzie o nich zapomnieć.
     Styl autorki - niesamowity! W tak lekki i plastyczny sposób pociągnęła historię, że ciężko było mi się oderwać od lektury. Madeline Miller potrafi zafascynować swoim sposobem pisania, dzięki czemu nie raz powrócę do jej twórczości. Wydanie papierowe jest przepiękne i solidnie zrobione. Choć nie przepadam za obwolutami, tak tutaj moim zdaniem dodała ona uroku całej pozycji. Również środek został na tyle dobrze zrobiony, że nie mam się do czego przyczepić.
     Jestem zafascynowana tą książką i pozostanie ona na długo na mojej półce. Gorąco polecam jeśli jeszcze jej nie przeczytaliście. Zdaje sobie sprawę, że nie wszystkim przypadnie do gustu ale może jednak zakochacie się w niej tak jak ja :).
     Moja ocena: 9/10.

piątek, 3 sierpnia 2018

'Zacznijmy od nowa' (Begin Again, 2013) - film





Ona – Gretta (Knightley), początkująca piosenkarka i kompozytorka, znalazła się w Nowym Jorku, bo towarzyszy swemu chłopakowi (Levine) – wziętemu muzykowi, negocjującemu kontrakt życia. Są piękni, szczęśliwi, bogaci, świat zdaje się leżeć u ich stóp! On (Ruffalo), mieszkający od lat na Manhattanie producent muzyczny, powoli traci kontakt z rzeczywistością… Rozstał się z żoną (Keener), jego kontakt z dorastającą córką (Steinfeld) słabnie, a do tego właśnie wyrzucono go z pracy. Wizyta w małej knajpie, w której występuje Gretta, na zawsze odmieni życie tych dwojga… 





     Tytuł filmu "Zacznijmy od nowa" kołatał mi się w głowie już od jakiegoś czasu. Jako, że gra w nim Keira Knightley postanowiłam w końcu dać mu szansę i mając wolną chwilę obejrzeć. Chyba moje wyobrażenie na temat tej produkcji było zbyt duże i miałam zbyt wysokie oczekiwania, choć i tak uważam ją za całkiem udaną.
     Młoda Gretta żyje w cieniu swojego chłopaka Dave'a. Oboje są związani z muzyką jednak to on, jak dotąd, osiąga większe sukcesu niż jego partnerka. Życie bohaterki zmienia się pod wpływem jednej niepozornej chwili. Gretta daje krótki występ w podrzędnej knajpce, gdzie wyhaczył ją znany producent muzyczny. Historia dla mnie dość nietypowa, nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak pociągniętą akcją. I nie chodzi mi tu o sam opis który tutaj przedstawiłam, lecz samo jej rozwinięcie. Wbrew pozorom nie ma tutaj dużo wątków romansowych, które mogłyby zniszczyć całą przyjemność oglądania. Muzyka, która jest tutaj dość znacznym elementem, została wpleciona w przystępny sposób i większość utworów przypadła mi do gustu. Nie jestem znawcą pod tym względem jednak były one przyjemne dla mojego ucha :).
     Gra aktorska całkiem przyzwoita, jednak o dziwo najmniej pasował mi Adam Levine w swojej roli. Spodziewać by się mogło, że nie ma on problemu z występowaniem przed kamerą czy publicznością, jednak niektóre sceny w których występował były dla mnie bardzo nienaturalne. W szczególności te w których dochodziło do "zbliżeń" między nim a Keirą.
     Biorąc pod uwagę ogół całkiem to przyjemnie mi się oglądało ten film. Nie wiem czy powrócę do niego po raz kolejny, jednak nie żałuję, że wreszcie go zobaczyłam. Moim zdaniem jest to produkcja idealna na weekend, w szczególności na te aktualnie panujące upały.
     Moja ocena: 7/10.

środa, 1 sierpnia 2018

"Dzień, który zmienił wszystko" Catherine Ryan Hyde

Nathan McCane i jego żona wiodą dość komfortowe, ale również nudne i pozbawione radości życie, w którym od dawna już nie ma miejsca na prawdziwą bliskość. Gdy pewnego ranka mężczyzna znajduje w lesie porzucone niemowlę, ma nadzieję, że oto los się do niego uśmiechnął, zsyłając mu syna, o którym marzył... Jednak prawo do opieki nad chłopcem uzyskuje jego babcia. Nathan prosi ją o jedno - o to, by któregoś dnia przyprowadziła do niego dziecko i wyjawiła mu, kto je ocalił.
Piętnaście lat później owdowiały Nathan znajduje porzuconego chłopca raz jeszcze - tym razem na własnym progu. Nat, bo tak go ochrzczono, wyrósł na zbuntowanego i niedostępnego nastolatka i jego babka nie jest w stanie dłużej go znosić. Nathan zgadza się przejąć opiekę nad młodzieńcem, wiedząc, że czeka go ciężka walka o miłość i zaufanie. Nat boi się porzucenia a starszy mężczyzna zrobi wszystko, by udowodnić chłopakowi, że nigdy, ale to przenigdy nie usunie go ze swojego życia. Nawet jeśli przyjdzie mu się zmierzyć z demonami przeszłości.
Opis książki




Autor: Catherine Ryan Hyde
Tytuł oryginalny: When I Found You
Język oryginalny: angielski
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: społeczna, obyczajowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2009
Rok pierwszego wydania polskiego: 2014
Liczba stron: 416



     Książka pt. "Dzień, który zmienił wszystko" nie była zbytnio głośno promowana. Osobiście ja natknęłam się na nią dopiero w bibliotece. Jako, że staram się teraz coraz częściej dawać szansę nieznanym mi autorom postanowiłam przeczytać akurat tę powieść. Całe szczęście się nie zawiodłam.
     Nathan podczas jednego z polowań ze swoim psem znajduje w lesie porzuconego niemowlaka. Niestety nie dane mu było zająć się nim od jego pierwszych dni, choć sam bardzo pragnął mieć syna. Po latach losy tej dwójki znów się splatają i pomimo, że wreszcie mogą żyć prawie jak rodzina aktualna sytuacja na to nie pozwala. Sam opis nie oddaje w pełni mnogości tego co tutaj znajdziemy. Czytając tę historię wkręciłam się już od pierwszych stron nie mogąc się od niej oderwać. Choć akcja nie pędzi zatrważająco szybko to znalazłam tu wiele sytuacji, które chwyciły mnie za serce, nie pozwalając mi przestać o niej myśleć. Pozycja ma ponad czterysta stron, a ja nie mogłam skończyć jej czytać dopóki nie dowiem się jak wszystko się dalej potoczy. Jeśli poszukujecie czegoś co Was jednocześnie wzruszy a jednocześnie da wiele do myślenia i tak łatwo nie ulegnie zapomnieniu to jest to książka idealna.
     Bohaterowie zostali bardzo dobrze wykreowani. Pomimo, że główni bohaterowie, Nathan i Nat, nazywają się tak samo, a jedyne co ich na pierwszy rzut rozróżnia to forma imienia jaką używają, nie sposób ich pomylić. Każdy z nich miał w sobie coś, dzięki czemu w każdej scenie od razu wiadomo było o którym mowa. Niestety postacie drugoplanowe były momentami niedopracowane i potraktowane trochę po macoszemu. Podczas lektury czegoś brakowało mi u babci Nata, która jednak odegrała ważną rolę w jego życiu.
     Styl autorki bardzo lekki i przyjazny w odbiorze, dzięki czemu mogłam się bez problemu wgryźć w tę historię. Pisarka w bardzo płynny sposób przechodziła z jednego momentu do drugiego i choć historię poznajemy naprzemiennie z dwóch perspektyw nie miałam problemu z przestawieniem się na daną postać. Wydanie papierowe, które miałam w swoich rękach, ma zasadniczo tylko jedną wadę - klejone strony. W przypadku egzemplarzy z biblioteki nie potrafię docenić tego aspektu.
     Moim zdaniem o tej książce jest stanowczo za cicho. Historia przestawiona na kartach tej powieści jest wzruszająca, ale nie ma tutaj jednak miejsca na żadną tandetność. Nie żałuję, że sięgnęłam po tę pozycję, bardzo miło spędziłam swój czas podczas lektury. Gdy tylko zobaczę inne tytuły tej autorki z chęcią się z nimi zaznajomię.
     Moja ocena: 7/10.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Podsumowanie lipca 2018


Niestety lipiec zbliża się nieubłaganie ku końcowi więc zapraszam Was na moje małe podsumowanie tego miesiąca.


Lipiec książkowo

- liczba przeczytanych książek: 6
- łączna liczba stron: 1 992

Niestety w tym miesiącu nie przeczytałam takiej książki o której mogłabym napisać w samych superlatywach i zaliczyć do TOP10 najlepszych przeczytanych w tym roku. Jednak najprzyjemniejszą pozycją w tym okresie jest "Był sobie szczeniak: Ellie", a jako wielbicielka psów nie mogłam sobie jej odpuścić. Natomiast najgorszą według mnie jest "Jedno małe kłamstwo" - przyznam szczerze, że nie do końca rozumiem zachwyty nad nią.


Lipiec filmowo

- liczba obejrzanych filmów: 6
W lipcu obejrzałam kilka umilaczy czasu, choć tak jak w przypadku książek, tak i w przypadku filmów żaden z tych tytułów nie trafi do topki najlepszych, jednak co do tych najgorszych... "Kobieta na skraju dojrzałości" najmniej przypadła mi w tym miesiącu do gustu i szczerze żałuję, że obejrzałam ten film do końca.


Mam nadzieję, że Wy trafiliście na lepsze tytuły w tym miesiącu niż ja. Jeśli przeczytaliście lub obejrzeliście coś godnego polecenia to dajcie znać w komentarzu :).

środa, 25 lipca 2018

'Alex Strangelove' (2018) - film










Licealista Alex Truelove chce stracić dziewictwo ze swoją uroczą dziewczyną Claire. Jego plan spala na panewce, gdy poznaje równie uroczego Elliota.










     "Alex Strangelove" to kolejny film z tego roku, który pojawił się na Netflixie, a jest z wątkiem homoseksualnym. Mnie taka tematyka nie razi ale osoby, które mają z tym problem wole ostrzec już na samym początku. Zdecydowałam się na jego obejrzenie gdyż ostatnio miałam znów ochotę na niezobowiązującą komedię, dzięki której się odprężę.
     Alex, jakby mogło się na pierwszy rzut oka wydawać, to typowy uczeń w liceum. Wraz ze swoją dziewczyną zamierza stracić dziewictwo, jednak nie za bardzo im to wychodzi. Ukazana jest tutaj historia miłosna nastolatków, ich rozterki oraz poszukiwanie własnego "ja". Poznawanie własnego ciała jak i tego czego pragniemy w życiu zostało tutaj ciekawie pociągnięte, choć zapewne i tak znajdą się zapaleni krytycy.. Możliwe, że sam temat tego filmu nie jest jakoś bardzo odkrywczy, to jednak uważam, że za mało jest tego typu historii ukazujących nam tego typu treść. Niestety nadal tematyka homoseksualna jest spychana na dalszy plan i uznawana za coś gorszego.
     Gra aktorska na całkiem przyzwoitym poziomie. Podczas oglądania nie pasowała mi jedynie odtwórczyni Claire, czyli Madeline Winstein. W całym filmie to jedynie ona wydała mi się najbardziej płaską postacią, która została niedopracowana. Natomiast męska część obsady spisała się moim zdaniem bardzo dobrze. Co do samego wykonania tej produkcji - jedyny moment w którym miałam ochotę wyłączyć film to prawie sam początek, gdy pojawiły się wstawki z nosaczami. Choć dość specyficzny i intrygujący mnie jedynie doprowadził do swego rodzaju zniesmaczenia.
     Film może nie należy do tych najbardziej ambitnych, lecz moim zdaniem czas jaki spędziłam podczas seansu nie był stracony. Jeśli macie otwarte umysły możecie sięgnąć po ten tytuł, dzięki któremu będziecie mogli się zrelaksować.
     Moja ocena: 6/10.

poniedziałek, 23 lipca 2018

"Żółwie aż do końca" John Green





Szesnastoletnia Aza Holmes nie zamierzała uczestniczyć w poszukiwaniu zaginionego miliardera Russella Pixketta. Ma przecież wystarczająco dużo własnych zmartwień i lęków. Ale gdy stawką okazuje się sto tysięcy dolarów nagrody i wieloletnia przyjaźń z Daisy, Aza postanawia się zaangażować w coś poza szkołą i walką z dręczącymi myślami. Musi zdobyć się na odwagę i odświeżyć znajomość z synem miliardera Davisem, a przede wszystkim pokonać przepaść, która oddziela ją od innych ludzi. To dla niej nie tylko niezwykła przygoda, ale też największe życiowe wyzwanie.

Opis książki







Autor: John Green
Tytuł oryginalny: Turtles All the Way Down
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Michałowska-Gabrych Iwona
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: dziecięca, młodzieżowa
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2017
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 304



     Kilka lat temu przeczytałam książkę "Gwiazd naszych wina" Johna Greena. Po lekturze tej pozycji nie za bardzo miałam ochotę sięgać po inne tytuły od tego autora. Jednak widząc "Żółwie aż do końca" na półce w bibliotece postanowiłam dać mu drugą szansę. Niestety nadal nie czuję chemii do tego pisarza...
     Aza nie jest typową nastolatką. Codziennie musi walczyć ze swoimi lękami, które mącą jej nawet te najbardziej prozaiczne czynności. Gdy kraj obiegła wiadomość o zaginięciu miliardera Russella Pixketta, a za informacje o jego lokalizacji wyznaczona została nagroda, życie bohaterki się na swój sposób zmienia. Jej przyjaciółka Daisy wciąga ją w małe śledztwo aby móc zgarnąć niemałą sumkę pieniędzy. To do jakich sytuacji doprowadzi to na pozór małe śledztwo jest nowością dla Azy. Moim zdaniem akcja została poprowadzona trochę chaotycznie, bez głębszego przemyślenia co właściwie może się tutaj wydarzyć. Odniosłam momentami wrażenie, że z jednego wątku autor skakał na coś innego i niekoniecznie miał dobry pomysł aby to wszystko ze sobą zespolić. Z wątku pseudokryminalnego zaczął robić się romans aby później stać się niezbyt udanym thrillerem medycznym? A to wszystko na tylko trzystu stronach.
     Bohaterowie niestety zostali bardzo nierównomiernie dopracowani. O ile niektóre z postaci były faktycznie dobrze wykreowane to już większość tych drugoplanowych była płaska do bólu. Dość intrygująca, ale zarazem irytująca, była Aza. Początkowo jej lęki wydawały być się dobrym pomysłem, choć im dalej w las, tym bardziej było to wkurzające. Tylko ta jedna sprawa sprawiała, że może się ona wydawać inna na tle pozostałych.
     Styl autora prosty i lekki w odbiorze, dzięki czemu można było zatopić się w lekturze i przeczytać tę powieść dość szybko. Nie pokazał on jednak niczego wybitnego abym rozpływała się nad sposobem w jaki została napisana ta książka. Wydanie papierowe ma standardowo tylko jedną wadę, a mianowicie klejone strony. Cała reszta moim zdaniem została bardzo dobrze wykonana.
     Po pozycji "Żółwie aż do końca" znów nie mam ochoty sięgać po kolejne powieści Johna Greena. Teoretycznie nie było aż tak źle, jednak obawiam się, że nie jestem grupą docelową tego typu historii. Względnie dobrze się to czytało ale na pewno nie powrócę do niej ponownie. Wiem, że są fani tego autora ale ja do nich nie należę.
     Moja ocena: 4/10.

sobota, 21 lipca 2018

'To Each, Her Own' (Les goûts et les couleurs, 2018) - fim










Simone zbiera się na odwagę, aby przyznać przed swoją żydowską rodziną, że jest lesbijką. Niespodziewanie dla niej samej zaczyna ją jednak pociągać pewien Senegalczyk...









     Już kiedyś wspominałam u siebie na blogu, że uwielbiam francuskie komedie. "To Each, Her Own" co prawda jest komedią romantyczną, za którymi już niekoniecznie przepadam, to jednak postanowiłam dać jej szansę. Z ogromną nadzieją na dobry humor, znany mi z innych produkcji z tego kraju, obejrzałam ten film.
     Simone jest lesbijką i wraz ze swoją partnerką planują swoją przyszłość. Niestety ich relacje zaczynają się komplikować, gdy główna bohaterka poznaje pewnego przystojnego Senegalczyka o imieniu Wali. Sama historia została ciekawie skonstruowana, było wiele żarcików sytuacyjnych, momentów w których uśmiech mimowolnie pojawiał mi się na twarzy. Jedynie nie jestem przekonana do zakończenia, które było zagraniem typowym dla komedii romantycznych. Gdyby historię zakończyć kilka minut wcześniej, bez całej tej cukierkowej otoczki z happy endem, byłabym naprawdę zadowolona z fabuły. Niestety osoby cierpiące na homofobię mogą być nieco zbulwersowani tym filmem i jeśli ktoś nie toleruje innej orientacji lepiej, żeby za niego nie zabierał. Jest tutaj kilka scen które niektórym mogą się nie spodobać.
     Gra aktorska niestety nie porwała mnie swoją wybitnością. Niestety po niektórych aktorkach spodziewałam się nieco większego realizmu, lepszego wcielenia się w swoją rolę. W niektórych momentach miałam wrażenie, że drętwości i niezbyt wielkich chęci do wczucia się w sytuację w jakiej się znaleźli. Najlepiej wypadł w tej produkcji Jean-Christophe Folly, wcielający się w rolę Wiliego. Moim zdaniem jego postać była tutaj najbardziej przekonująca.
     Choć film "To Each, Her Own" nie jest idealny, mam do niego kilka uwag, to i tak całkiem dobrze mi się go oglądało. Na pewno nie jest on przeznaczony dla wszystkich widzów, jednak nie uważam aby był tak aż zły jak niektórzy o nim piszą. Ja nie żałuję swojego poświęconego wolnego czasu na tę produkcję :).
     Moja ocena: 6/10.
Related Posts with Thumbnails