Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2010. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 marca 2022

'Jak wytresować smoka' (How to Train Your Dragon, 2010) - film

 
 
 
 
 
Producenci "Shreka", „Madagaskaru" i „Kung Fu Pandy" przedstawiają film na podstawie książki Cressidy Cowell  „Jak wytresować smoka", której akcja rozgrywa się w świecie Wikingów i dzikich smoków. Bohaterem filmu jest nastoletni Wiking mieszkający na wyspie Berk, gdzie walki ze smokami są codziennością. Zbliża się właśnie czas inicjacji i jedyna szansa na udowodnienie plemieniu i ojcu swojej wartości. Kiedy jednak okazuje się, że zamiast wytresować smoka, nastolatek zaprzyjaźnia się z nim, cały jego świat staje na głowie.






     Dobre animacje uważam za takie, które będą odpowiednie zarówno dla dzieci jak i dorosłych. Decydując się na "Jak wytresować smoka" miałam nadzieję na ogromną dawkę dobrego humoru oraz genialną historię, dzięki której będę mogła oderwać się od rzeczywistości i choć na chwilę przestać się przejmować. Całe szczęście dzięki tej produkcji udało mi się odetchnąć i miło spędzić czas.
     Czkawka to chuderlawy Wiking mieszkający na wyspie, gdzie walki ze smokami i ochrona mieszkańców przed tymi niebezpiecznymi stworzeniami są codziennością. Jednak do tej pory nie udało się chłopakowi zgładzić żadnego potwora, a tam gdzie się on pojawia zazwyczaj tworzą się również dodatkowe kłopoty. Jednak w tajemnicy przed innymi, w dość nietypowych warunkach, udaje mu się zaprzyjaźnić ze smokiem budzącym postrach wśród społeczności... Historia według mnie jest naprawdę genialnie ukazana i wywołała wielokrotnie na mojej twarzy uśmiech, gdyż humor całkowicie trafił w mój gust. W moim odczuciu jest to ciepła historia, która trafi ze swoim przekazem zarówno do młodszych jak i starszych widzów, i każdy będzie w stanie znaleźć tu coś dla siebie. Całe szczęście nie ma tu nachalnie moralizatorskiego tonu, który często przeszkadza mi w tego typu produkcjach. Pomimo to można wynieść z niej pewne przemyślenia, a przy okazji nieźle się bawić. Jestem pewna, że obejrzę w przyszłości kolejne części i mam nadzieję, że będzie równie dobrze.
     "Jak wytresować smoka" to animacja jakiej właśnie potrzebowałam po cięższym tygodniu. Dzięki niej mogłam oczyścić trochę myśli i ukoić swoje nerwy. Ja ze swojej strony gorąco polecam Wam ten tytuł! Mam nadzieję, że spędzicie w trakcie seansu swój czas tak samo miło, a nawet lepiej, jak ja.
     Moja ocena: 8/10.

wtorek, 16 czerwca 2020

'Dzień dobry TV' (Morning Glory, 2010) - film









Nowa producentka telewizyjnego programu śniadaniowego ma za zadanie doprowadzić do wzrostu jego oglądalności. Trudności są przy tym niemałe, a stawka to być albo nie być całej ekipy.










     Film pt. "Dzień dobry TV" to kolejna produkcja od której oczekiwałam jedynie tego, że będę w stanie się zrelaksować podczas jej seansu. Potrzebowałam czegoś lekkiego, dzięki czemu miło spędzę wieczór. I moim zdaniem ten tytuł nadaje się do tego idealnie!
     Becky to nowa producentka porannego programu. Jednak przez niską oglądalność istnieje ryzyko, że zostanie on ściągnięty z wizji... Kobieta postanawia ratować sytuację, co wcale nie jest takie proste przy dwójce prowadzących, którzy nie do końca za sobą przepadają... Jak dla mnie żaden opis nie zawierający spojlerów tego co tu się dzieje nie odda w pełni tego co faktycznie dostajemy. Dawno tak się nie ubawiłam podczas oglądania niezobowiązującego filmu, który miał tylko poprawić humor. Choć mamy tu również elementy romantyczne, za którymi nie za bardzo przepadam, nie odczułam ich tak bardzo. Moim zdaniem zostały one tu na tyle subtelnie wykorzystane, że nie irytowały mnie gdy miały miejsce. Samo zakończenie może i dla niektórych zbyt cukierkowe, lecz zależy z jakim nastawieniem zabieramy się za tę produkcję. Ja czegoś takiego w danym momencie potrzebowałam i nie mogę na to narzekać :).
     Gra aktorska całkiem dobra. Najlepsze wrażenie, zrobiła na mnie dwójka prowadzących, w których wcielali się Harrison Ford oraz Diane Keaton. Choć niektóre sytuacje w których występowali były dość absurdalne to jednak dobrze mi się oglądało sceny z ich udziałem. Niestety trochę rozczarowana jestem postacią Becky, w którą wcieliła się Rachel McAdams. Spodziewałam się trochę wyższego poziomu, gdyż momentami według mnie wypadła dość nienaturalnie.
     "Dzień dobry TV" to przyjemna komedia z elementami dramatu i romansu. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona tym tytułem i nie żałuję, że poświęciłam na jego obejrzenie swój czas. Jeśli szukacie czegoś lekkiego, ale nie durnego, to gorąco polecam zapoznanie się z tą produkcją.
     Moja ocena: 7/10.

środa, 6 maja 2020

'Dziewczyna i chłopak - wszystko na opak' (Flipped, 2010) - film





Kiedy Bryce i Juli spotkali się po raz pierwszy jako dzieci, Juli wiedziała, że to miłość. Bryce nie był tego taki pewny. Przez dni i lata Bryce Loski (Callan McAuliffe) robił wszystko, by trzymać się od niej jak najdalej - ale teraz bystra i niezależna Juli Baker (Madeline Carroll) nadal myślała o nim ciepło. Jest to wspaniały kalejdoskop ukazujący wspólne losy dwójki dzieci w podstawówce, gimnazjum, widząc ich zwycięstwa i porażki, dramaty rodzinne i pierwszą miłość, aż do momentu, gdy odkrywają kim są - a tak naprawdę: kim są dla siebie nawzajem.






     Czasem mam taką potrzebę, by obejrzeć coś lżejszego. Coś dzięki czemu będę w stanie się zrelaksować i oderwać od szarej rzeczywistości. W ten oto sposób trafiłam na film pt. "Dziewczyna i chłopak - wszystko na opak". Jednak nie jest to produkcja, którą w pełni bym podciągnęła pod moje aktualne potrzeby filmowe...
     Juli i Bryce zostali sąsiadami w wieku dziecięcym, a ich pierwsze spotkanie każde z nich zapamiętało zgoła inaczej. Dla dziewczyny była to miłość od pierwszego wejrzenia, natomiast dla chłopaka znajomość z nią stała się koszmarem. Im starsi się stawali tym ich relacja ewoluowała do zgoła innych uczuć. Spodziewałam się, że będzie to lekka historia miłosna nastolatków, ot takie trochę guilty pleasure. Niby fajnie ale jednak do tej niezobowiązującej historii dodali kilka wątków, które mogą wbić widza w fotel. Z jednej strony był to dla mnie ciekawy zamysł, który czyni ten film trochę wyróżniający się na tle innych z tego gatunku. Mam jednak pewien niedosyt co do tych wplecionych wątków, jakby nie zostały w pełni dopracowane i nie został wykorzystany pełen ich potencjał.
     Gra aktorska na dobrym poziomie, choć nie mogę napisać, że była ona wybitna. Teoretycznie aktorzy poprawnie wcielili się w swoje role, jednak to te postacie dalszoplanowe zrobiły na mnie większe wrażenie, niż te które zostały wypchnięte na pierwszy plan. Przyznam, że spodziewałam się trochę wyższego poziomu, lecz nie było też tak źle, żebym miała pisać tutaj litanię rzeczy, które powinny zostać poprawione.
     Mam dość mieszane odczucia co do filmu "Dziewczyna i chłopak - wszystko na opak". Zostały tu wplecione wątki, dzięki którym ta produkcja może wyróżniać się na tle innych, choć nie były one na tyle intrygująco pociągnięte i dobrze rozbudowane, abym miała się czym zachwycać. Jednak na wolny wieczór jest to bardzo dobra produkcja, która będzie w stanie uprzyjemnić nam ten czas.
     Moja ocena: 6/10.

niedziela, 29 marca 2020

'The Social Network' (2010) - film









Historia powstania Facebooka. Komputerowy geniusz z Harvardu zakłada stronę thefacebook.com, która nieoczekiwanie bije rekordy popularności.









     Sporo osób w moim otoczeniu widziało już film "The Social Network", czasem nawet kilkukrotnie, i gorąco mi go polecało. Jak zwykle miałam ogromne obawy czy tak zachwalany tytuł spodoba się również mi. Jednak mając dłuższą wolną chwilę wreszcie udało mi się z nim zmierzyć i przepadłam.
     Poznajemy tu historię powstania chyba najbardziej popularnej strony społecznościowej, czyli facebook.com. Przyznam, że nigdy nie zgłębiałam się w okoliczności powstania tego portalu choć od dobrych kilku lat mam na nim swój profil, na którym notabene niewiele zamieszczam ;). Dla niektórych może to być inspirująca historia o tym jak jeden pomysł na stronę w internecie może zmienić życie nie tylko jednego człowieka. Chciwość, zdrady i pieniądze to mieszanka wybuchowa i przez to jestem w stanie zrozumieć czemu tak wielu widzów zachwyca się tą produkcją. Czego można by chcieć więcej? Niestety było dla mnie kilka momentów podczas których zaczynałam się zastanawiać nad ich zasadnością umieszczenia w całości, chociaż z drugiej strony gdyby nie one część z wydarzeń wtedy możliwe, że nie miałaby sensu.
     Gra aktorska według mnie na bardzo dobrym poziomie. Większość z aktorów idealnie oddała swoją postać w którą się wcielali. Może to kwestia tego, że nie znałam historii Zuckerberga, jednak dla mnie wszyscy wypadli tu naprawdę przekonująco i autentycznie. Przez to z jakiej strony się tu pokazali mam ochotę obejrzeć kolejne tytuły z udziałem większości tutaj występujących.
     Moje obawy co do tego filmu były niesłuszne. Bardzo miło spędziłam swój wolny czas podczas seansu i nie żałuję, że wreszcie go obejrzałam. "The Social Network" może zrobić wrażenie, a tym co jeszcze nie widzieli tej produkcji to gorąco polecam nadrobienie.
     Moja ocena: 7/10.

poniedziałek, 18 listopada 2019

'Całkiem zabawna historia' (It's Kind of a Funny Story, 2010) - film





Czasem to co tkwi w Twojej głowie nie jest tak szalone jak myślisz… co zdecydowanie jest prawdą w przypadku Craiga. Zestresowany nastolatek dobrowolnie zapisuje się do szpitala dla psychicznie chorych aby oderwać się na chwilę od codziennych problemów. Nieoczekiwanie zamiast odpoczynku odnajduje mentora i nową miłość,  a przede wszystkim ma szansę zacząć wszystko od nowa. Urzekająca, dowcipna i mądra opowieść o dorastaniu, która jest tak naprawdę całkiem zabawną historią… 






     Film pt. "Całkiem zabawna historia" miałam już w planach od dobrych kilku lat. Nie wiem czemu ale nie mogłam się za niego dość długo zebrać. Jednak wreszcie przyszedł ten dzień i postanowiłam uporać się z tym tytułem. Niestety mam bardzo mieszane odczucia co do niego, choć sama tematyka, która jest tu poruszana, jest ważna.
     Craig to nastoletni chłopak, którego przytłaczają codzienne problemy a myśli samobójcze są dla niego codziennością. Postanawia zgłosić się dobrowolnie do szpitala na oddział dla psychicznie chorych by tam postarać się uporać z problemami. Jednak tam spotykają go nieoczekiwane rzeczy... Choć tematyka jest trudna, a problemy z naszym samopoczuciem psychicznym coraz częstsze i ciężkie do wyleczenia, ta historia daje w pewien sposób nadzieję na lepsze jutro. Część wydarzeń naprawdę nastraja widza pozytywnie i całkiem zabawnie się je ogląda, jednak mam wrażenie, że momentami temat nie został podjęty zbyt poważnie. Jeśli ktoś nigdy nie miał poważniejszych problemów z depresją to może uwierzy w tę bajeczną historię z humorem i poprawi mu ten film nastrój. Jednak miałam nadzieję, że ta produkcja w bardziej realny sposób ukaże możliwość pozytywnego spojrzenia na świat gdy borykamy się z własnymi demonami w naszych głowach.
     Gra aktorska przyzwoita. W przypadku większości aktorów nie mam żadnych zastrzeżeń, gdyż bardzo dobrze wcielili się w swoje postacie. Najbardziej przekonała mnie do siebie w tej produkcji aktorka wcielająca się w Noelle, czyli Emma Roberts. Mam wrażenie, że wypadła ona tu najbardziej naturalnie ze wszystkich. Co do odtwórcy głównego bohatera, którego zagrał Keir Gilchrist to mam najbardziej mieszane odczucia. Choć nie wypadł on źle w tej roli to mam wrażenie, że czegoś w tym przypadku zabrakło.
     Przyznam, że po tylko latach kręcenia się wokół tego filmu spodziewałam się czegoś spektakularnego. Jednak "Całkiem zabawna historia" nie sprostała w pełni moim oczekiwaniom, które chyba za bardzo we mnie narosły. Z jednej strony nie żałuję, że obejrzałam wreszcie ten film, tylko z drugiej szkoda, że nie był według mnie aż tak genialny jak bym chciała...
     Moja ocena: 6/10.

wtorek, 7 sierpnia 2018

'Megamocny' (Megamind, 2010) - film






Wypełniony akcją wysokich lotów i nieprzerwanymi salwami śmiechu "Megamocny" ukazuje świat super bohaterów w nowy, przezabawny sposób. Marzenia super złoczyńcy MegaMocnego spełniają się z chwilą pokonania obrońcy miasta MetroMana, co umożliwia sprawowanie całkowitej kontroli nad MetroCity. Kiedy jednak stworzony zostaje nowy czarny charakter, który sieje chaos, największy zły umysł na świecie oraz jego sprzymierzeniec Minion muszą wkroczyć do akcji i wybawić miasto z pułapki.






     Czasem potrzebuję czegoś co mnie rozluźni, rozbawi i nie będzie wymagało ode mnie całkowitego skupienia, jednocześnie czegoś co nie jest głupiutką komedią, która jedynie wkurzy widza. Zazwyczaj w takich momentach sięgam po animacje. Choć nie jestem ich docelowym odbiorcą mając już prawie trzydzieści lat i tak uwielbiam je oglądać.
     Odwiecznym wrogiem superzłoczyńcy zwanego MegaMocnym jest MetroMan. Walczą oni od wielu lat o dominację nad miastem. W momencie gdy zło zwycięża dobro niebieski geniusz nie wie co ma ze sobą w końcu zrobić. Doprowadza to do wielu kuriozalnych momentów, które mogą wywołać uśmiech na twarzy. Wątek walki dobra ze złem jest dość często wykorzystywany w tego typu produkcjach, jednak w takim wykonaniu nadal mi się nie nudzi. Było wiele przezabawnych sytuacji, dzięki którym widz może docenić to co tutaj się dzieje. Całe szczęście nie było nic przedstawione w zbyt nachalny sposób, nie została z tego tytułu zrobiona moralizatorska propaganda, lecz przyjemna bajka z której jednak każdy coś dla siebie wyniesie.
     Sama realizacja tej produkcji jest bardzo dobra. Polski dubbing idealnie współgra z treścią i postaciami z jakimi przyszło się obsadzie zmierzyć. Błędów nie zauważyłam, lecz podczas seansu raczej skupiłam się na czerpaniu przyjemności aniżeli na wychwytywaniu potyczek osób odpowiedzialnych za realizację.
     "Megamocny" to przyjemna animacja, dzięki której mogłam się zrelaksować. Nie jest to co prawda aż tak dobre jak "Shrek", choć i tak nie uważam aby czas spędzony podczas oglądania był czasem zmarnowanym. Jeśli jeszcze nie widzieliście to zachęcam do nadrobienia.
     Moja ocena: 7/10.

niedziela, 3 grudnia 2017

'Śniadanie do łóżka' (2010) - film




Zdolny, choć pechowy kucharz Piotr ku swemu zaskoczeniu trafia na okładkę poczytnego magazynu i z dnia na dzień zostaje celebrytą. Sesja zdjęciowa przynosi mu sławę i... miłość. Piotr zakochuje się bez pamięci w ponętnej stylistce Marcie, jednak jego była narzeczona Ewa - szefowa działu mody magazynu i przełożona Marty – jest gotowa na wszystko, aby odzyskać względy utalentowanego eks-faceta. Piotra z kolejnych opresji wyciąga jego niezawodny kumpel Konrad - koneser japońskiej kuchni i japońskich kobiet. Czy kulinarny geniusz okaże się również wirtuozem sztuki kochania? 






     "Śniadanie do łóżka" to polska komedia romantyczna z Piotrem Adamczykiem i Tomaszem Karolakiem w rolach głównych. Zasadniczo po tym jednym zdaniu możemy się domyślić co dostaniemy w tej produkcji. Postanowiłam jednak dać jeszcze jedną szansę polskim komediom aby sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak źle jak to utkwiło w mojej głowie.
     Pewne zawirowania w życiu kucharza Piotra sprawiają, że nie może on żyć spokojnie. Gdy dowiaduje się, że jego żona go zdradza na jego drodze pojawia się piękna Marta. Jak to w przypadku komedii romantycznych bywa bohaterowie początkowo się nienawidzą, aby wreszcie dotrzeć się między sobą i zakochać. Zapewne mało kogo zdziwi, że również i tutaj pojawia się ten schemat. Niestety dla mnie ta produkcja była do bólu przewidywalna i niewiele wniosła nowego na rynek. Miałam nadzieję, że wreszcie coś się zmieni i odnajdę w takich filmach coś nowego, co niestety znów się nie udało. Jedynym elementem jaki mogłabym zaliczyć na plus były ładne potrawy, wyglądające naprawdę smacznie, które kiedyś sama miałabym ochotę przetestować w swojej kuchni.
     Gra aktorska - nie mogę napisać, że czymkolwiek mnie zachwyciła abym mogła się dłużej rozpisywać. Wiem, że to może być śmieszne podejście jednak mam kilku aktorów, których unikam w różnych produkcjach jak ognia. Chociaż co dziwne to widzę już małe światełko w tunelu, gdyż odtwórcy głównych męskich ról nie irytowali mnie już samym swoim wystąpieniem w tym filmie.
     Jednym z elementów o którym bardzo rzadko wspominam w recenzjach filmowych jest muzyka. Tutaj muszę jednak zaznaczyć, że jestem pozytywnie zaskoczona doborem piosenek jakie zostały wykorzystane w tej produkcji. Możemy usłyszeć tutaj utwory takich wykonawców jak John Legend, którego lubię słuchać. Może nie wszystkie piosenki mnie zauroczyły, lecz większość miała swój urok dzięki czemu film był bardziej znośny.
     Jestem pewna, że nie będę oglądać tego filmu ponownie. Muzyka to niestety nie wszystko i nie uratuje ona schematycznej produkcji, w przypadku której już od pierwszych minut wiadomo jak się skończy. Możliwe, że fani komedii romantycznych zakochają się w tym filmie i to głównie tylko im mogę go polecić. Pozostałym widzom odradzam zabieranie się za oglądanie tej, ponoć "niegrzecznej", realizacji.
     Moja ocena: 4/10.

wtorek, 7 listopada 2017

'Vincent chce nad morze' (Vincent will Meer, 2010) - film

Dwudziestokilkuletni Vincent cierpi na zespół Tourette'a, objawiający się nerwowymi tikami, niepohamowanym wykrzykiwaniem wulgaryzmów i zachowaniem wskazującym, że w jego komórki nerwowe co chwilę – jak sam stwierdza – załatwia się gromada klaunów. Kiedy umiera jego ukochana matka, trafia do zakładu psychiatrycznego. Ojciec, polityk walczący o reelekcję, uznaje, że chory syn przeszkodziłby mu w kampanii wyborczej. W ośrodku chłopak poznaje cierpiącego na nerwicę natręctw, pedantycznego Alexa i weterankę anoreksji Marie. Osamotniony Vincent, pozostawiony na uboczu toczącego się życia, postanawia uciec z zakładu i jechać nad morze, gdzie chciałby rozsypać prochy matki. Chłopak wspólnie z przyjaciółmi kradnie samochód szefowej ośrodka i wraz z nimi wyrusza w stronę Morza Śródziemnego. Tak zaczyna się ich wspaniała droga ku wolności. Są szczęśliwi i w końcu mogą myśleć o tym co dla nich najważniejsze: miłości, przyjaźni, odpowiedzialności... 





     Dramat to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych. Szukając odpowiedniego filmu, uwzględniając jako jedno z kryteriów właśnie ten gatunek natrafiłam na "Vincent chce nad morze". Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, jednak dość dobre oceny na różnych portalach przekonały mnie do zaznajomienia się z tą produkcją.
     Vincent cierpiący na zespół Tourette'a trafia do ośrodka, gdzie jest nadzieja dla niego na uzyskanie fachowej pomocy. Poznaje tam dwójkę innych pacjentów i razem z nimi wybiera się w podróż. Niektóre sytuacje, które miały miejsce w tym filmie były o wiele śmieszniejsze, niż w niejednej wysokobudżetowej produkcji komediowej. Co ciekawsze - nigdzie nie znalazłam informacji aby to była rzeczywiście komedia. Jednak osoby lubujące się tak jak ja w dramatach nie mają na co tutaj narzekać. Jest to bardzo dobrze zrealizowana produkcja, która faktycznie ma w sobie większość najlepszych elementów, które sprawiają, że zasługuje ona na miano dobrej jakości dramatu.
     Gra aktorska była na zadowalająco dobrym poziomie. Nie kojarzyłam żadnego nazwiska z listy aktorów występujących w tym filmie, lecz nie umniejsza to tej produkcji. Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona, że można tak dobrze wcielić się w swoją postać i przekazać nią wiele emocji. Chyba, że to kwestia tego, że nie miałam zbyt wygórowanych wymagań, jednak wolę mieć nadzieję, że osoby wcielające się w swoje role rzetelnie wykonały robotę.
     Bardzo dobrze spędziłam swój czas podczas seansu. Nie jestem pewna czy obejrzę ten film po raz kolejny, choć nie żałuję, że zrobiłam to chociaż raz. Moim zdaniem ta produkcja ma w sobie coś czym może zachwycić wielu widzów. Jeśli jeszcze nie znacie tego tytułu to gorąco polecam jego nadrobienie.
     Moja ocena: 7/10.

sobota, 23 września 2017

'Nie ma tego złego' (Smukke mennesker, 2010) - film






Cztery dusze i czworo ludzi, z których każdy na swój sposób jest samotny. Ingeborg czuje się nieatrakcyjna. Pełen atrakcyjności jest za to Jonas. Jest jej świadomy, więc ją... sprzedaje. Anna jest piękną i młodą, ale fizycznie niepełnosprawną kobietą. Anders jest pełen wrażliwości – co odbija się na jego psyche. To, co mają wspólnego, to pragnienie – miłości i bliskości. Każda z tych osób bezgranicznie chce ufać w lepsze jutro. Kiedy nadejdzie? 







     Po dość udanym filmie "Happy Happy", który zrobił na mnie pozytywne wrażenie, obejrzałam kolejny nieanglojęzyczny film. Tym razem padło na produkcję pod tytułem "Nie ma tego złego". Tutaj niestety nie jestem już tak zachwycona jak przy poprzednim podejściu do tego typu filmów.
     Fabuła tej produkcji moim zdaniem nie skupia się na niczym konkretnym. Gdyby nie opis, sama nie wiem czy bym była w stanie odgadnąć co mieli na myśli producenci tworząc to dzieło. Niby losy czwórki głównych bohaterów są ze sobą w pewien sposób połączone, jednak nie jestem pewna czy jest to coś co może zachwycić przeciętnego widza. Samo zakończenie trochę aż zbytnio naciągane, przynajmniej mnie nie zachwyciło na tyle abym była w stanie o nim napisać coś pozytywnego. Jestem kilka dni po seansie i jakoś nie mam poczucia, że ten film wniósł coś do mojego życia. Jest to po prostu produkcja, która jest i niczym konkretnym nie wyróżnia się od innych. Nie znalazłam tutaj tego elementu zaskoczenia, powiewu świeżości abym mogła na dłużej zapamiętać to co się działo. Gra aktorska jest moim zdaniem najmocniejszym elementem całego filmu. Aktorzy bardzo dobrze wcielili się w swoje role, czuć było te emocje, które targają postaciami.
     Film "Nie ma tego złego" jest po prostu średni. Nie był zły ani dobry, po prostu był. Nie wiem czy będę o nim jeszcze pamiętać nawet pod koniec tego roku... Osobiście wątpię abym do niego kiedykolwiek ponownie powróciła.
     Moja ocena: 5/10.

niedziela, 17 września 2017

'Happy Happy' (Sykt lykkelig, 2010) - film


Rodzina dla Kai jest najważniejsza. Jest niepoprawną optymistką, mimo że żyje z mężczyzną, który woli iść na polowanie a nie chce się z nią kochać, bo nie jest już taka atrakcyjna, jak kiedyś. Trudno – życie nie jest usłane różami, mówi sama sobie. Trudno jej jednak utrzymać emocje na wodzy, kiedy obok wprowadza się idealna para. Taka, jaką sama chciałaby stanowić ze swoim mężczyzną. Są zgrani, zakochani, rozumiejący się bez słów i mają adoptowane etiopskie dziecko. Nowi sąsiedzi otwierają Kai oczy na wiele spraw. To przebudzenie niesie konsekwencje dla wszystkich wkoło. Kiedy przychodzi Boże Narodzenie, staje się oczywiste, że nic nie będzie tak jak wcześniej. Niezależnie od tego, jak Kaja będzie się starać. 






     Poszukując jakiegoś nietypowego filmu, mając już dość polskich oraz amerykańskich produkcji natrafiłam na "Happy Happy". Co prawda plakat, przynajmniej według mnie, jest mało zachęcający postanowiłam jednak zapoznać się z tym czymś. Czy rzeczywiście warto spędzić swój czas na oglądaniu tego filmu?
     Kiedy pojawiają się nowi sąsiedzi życie Kai wywraca się do góry nogami. Coraz bardziej widzi, że jej życie nie jest tak idealne jak by tego chciała. Film jest interesującym połączeniem komedii oraz dramatu i przyznaję, że było to coś innego, miłego dla oka. Nie spodziewałam się, że można w tak ciekawy sposób połączyć te dwa gatunki. Humor w tym filmie jest zupełnie inny niż w szeroko reklamowanych produkcjach nie mających nic wspólnego z dobrą zabawą. Wiele razy uśmiechnęłam się podczas seansu, tylko muszę zaznaczyć, że największą frajdę sprawiały mi te drobne żarciki sytuacyjne. Również znajdziemy tutaj wiele sytuacji, które mogą dać nam trochę do myślenia. Nie jest to na pewno film, który porusza błahe tematy, w sposób traktujący widza jak debila, działając na niego jeszcze bardziej ogłupiająco.
     Gra aktorska - muszę przyznać, że na swój sposób zaskoczyła mnie pozytywnie. Choć widać dość nierówną grę, a gdyby narysować 'wykres' to przypominałby on w dość znacznym stopniu sinusoidę, to jednak widzę ogromny potencjał. Nie spodziewałam się, że może być tak dobrze w tak mało znanym filmie. Na uwagę zasługują ci najmłodsi aktorzy, którzy wypadli o dziwo najbardziej naturalnie.
     Nie żałuję, że poświęciłam swój czas na ten film. Szkoda tylko, że nie został on odpowiednio wypromowany i nie trafił on do szerszego grona odbiorców. Moim zdaniem jest to produkcja, która zasługuje na szerszy rozgłos, przynajmniej w porównaniu z niektórymi gniotami, które masowo zalewają nasz rynek.
     Moja ocena: 7/10.

środa, 3 maja 2017

'Przerwane pocałunki' (I Baci mai dati, 2010) - film




Życie trzynastoletniej Manueli nie jest usłane różami. Mieszka z rodziną na przedmieściach nijakiego sycylijskiego miasta. Jej matka wiecznie kłóci się z bezrobotnym ojcem, a starsza siostra ma na sumieniu długą listę grzechów, z których podkradanie rodzicom pieniędzy należy do tych lżejszych. Jednak pewnej nocy dziewczynce śni się Matka Boska i wszystko się zmienia. Cała okolica przekonana jest, że Manuela dokonuje cudów i proszą ją o wszystko – od znalezienia pracy, przez dostanie się do lokalnej edycji Big Brothera, po uleczenie ślepoty. Jak się okazuje cudotwórstwo jest całkiem intratnym zajęciem. Do czasu gdy zdarzy się cud prawdziwy…





     Czasami mam przedziwne kryteria filmowe. Bywa, że mam ochotę na coś danego reżysera, czasem na jakiś konkretny gatunek. Na ten film natrafiłam szukając produkcji z Włoch. Co prawda tytuł trochę odpychał mnie od niej, choć opis mnie zaintrygował. "Przerwane pocałunki" to nie był zbyt długi film, więc postanowiłam jednak go obejrzeć i nie psioczyć na tytuł.
     Manuela nie ma lekkiego życia. W swojej własnej rodzinie jest niedoceniana, pomijana. Dopiero gdy w nocy przyśniła się jej Matka Boska, pomagając jej w odkryciu miejsca przetrzymywania "niecnego łupu". Zaczynają się do niej schodzić różni ludzie wierząc, że potrafi ona dokonywać cudów. Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona tym filmem. Po pierwsze bardzo dobrze mi się słuchało języka jakim mówili bohaterowie, gdyż całe szczęście widziałam wersję z napisami a nie z lektorem. Po drugie treść została przedstawiona w dość niebanalny sposób. Nie nudziłam się ani minuty podczas seansu, wciągnęłam się już od samego początku.
     Gra aktorska co prawda nie jest na bardzo wysokim poziomie, były momenty gdzie aktorzy zachowywali się bardzo nienaturalnie albo drętwo. Przyznaję, że nie znam żadnego z nazwisk, które pojawiły się w tej produkcji. Nie oznacza to jednak, że nie warto zaznajomić się z niektórymi z nich. Najbardziej przekonała mnie postać niewidomej dziewczyny, która została przedstawiona chyba najlepiej.
     Nie żałuję, że poświęciłam czas na ten film. Bardzo miło spędziłam swój czas podczas seansu. "Przerwane pocałunki" to kolejna dość nietypowa produkcja, którą obejrzałam w ostatnim czasie. Moim zdaniem warto zaznajomić się z tym filmem.
     Moja ocena: 7/10.

środa, 11 stycznia 2017

'Shrek Forever' (Shrek Forever After, 2010) - film




Czym zajmują się ogry, kiedy już rozprawią się ze straszliwym smokiem, poślubią piękną królewnę i ocalą królestwo teścia? Shrek został pantoflarzem. Małorolni nie uciekają już przed nim z krzykiem. Dziś proszą, żeby podpisał im się na widłach. Tęskniąc za czasami, kiedy "żył jak na ogra przystało", Shrek nieopatrznie zawiera pakt z podstępnym Rumplesnickim i ląduje w rządzonej przez niego, spaczonej, alternatywnej wersji Zasiedmiogórogrodu. Tu na ogry się poluje, a Shrek i Fiona nigdy się nie spotkali. Czy Shrekowi uda się odwrócić zaklęcie, uratować przyjaciół i odzyskać ukochaną?







     Znowu na moim blogu pojawia się Shrek. Tym razem w animacji "Shrek Forever". Jeśli macie już dość tego zielonego ogra to nie martwcie się - to już na razie jedna z ostatnich produkcji o której będę tutaj pisać. Przynajmniej na jakiś czas będzie już spokój :).
     Stęskniony za dawnymi czasami Shrek, kiedy to budził postrach szuka możliwości powrotu do 'starych dobrych dni'. Zawiera pakt z szalonym Rumplesnickim, z czego mogą wyniknąć różne wydarzenia nieszczęśliwe w skutkach. Czy jeden dzień dawnego życia jest tego wart? "Shrek Forever" to kolejna dawka przeogromnej dawki dobrego humoru, dzięki czemu większość z widzów może popłakać się do łez. W polskiej wersji dubbingowej znajdziemy tu wiele nawiązań do innych produkcji, czy sytuacji, która była na świecie w danym momencie. Aż miło mi się oglądało i odgadywało wraz z rodzinką skąd pochodził jakiś tekst.
     Animację obejrzałam co najmniej dwukrotnie - w oryginale jak i z polskim dubbingiem. Obie bardzo dobrze zrobione, głosy idealnie dobrane. Znów najbardziej podobał mi się osioł, który chyba podbił moje serce na zawsze. Natomiast w amerykańskiej wersji Cameron Diaz jako Fiona i Antonio Banderas dubbingujący kota w butach to chyba najlepsze głosy w całej animacji.
     "Shrek Forever" zapewne jeszcze raz kiedyś obejrzę, choć to do pierwszej części wracam z największym sentymentem. Niezależnie od wieku nadal uwielbiam oglądać te animacje i za każdym razem odkrywam coś nowego. Czy wy również polubiliście tego zielonego ogra?
     Moja ocena: 8/10.

poniedziałek, 21 listopada 2016

'Starcie tytanów' (Clash of the Titans, 2010) - film



Perseusz (Sam Worthington), urodzony jako bóg, ale wychowany jak człowiek, nie jest w stanie uratować swojej rodziny przed Hadesem (Ralph Fiennes) - mściwym bogiem świata zmarłych. Nie mając nic do stracenia mężczyzna zgłasza się na ochotnika, by poprowadzić wyprawę do zakazanego świata Hadesa i pokonać go, zanim ten odbierze moc Zeusowi (Liam Neeson) i sprowadzi na ziemię chaos. Wraz z grupą śmiałych wojowników wyrusza w ryzykowną podróż, podczas której będzie walczyć z groźnymi demonami i strasznymi bestiami. Przeżyje tylko wtedy, jeśli uwierzy w swoją boską moc, przeciwstawi się swojemu przeznaczeniu i zacznie pisać swój własny los.








     Uwielbiam mitologię grecką i gdy tylko zobaczyłam, że w telewizji będzie puszczany film "Starcie tytanów" wiedziałam od razu, że będę musiała zarezerwować sobie wtedy czas. Zdarza mi się obejrzeć jakieś filmy w tv z przypadku, lecz ten seans był przeze mnie jakby bardziej zaplanowany. Czy dobrze zrobiłam, że tak długo siedziałam i oglądałam ten film? Ja nie narzekam :). 
     Perseusz, syn Zeusa, wychowywany był jak zwykły człowiek. Po wielu nieprzyjemnościach staje on w końcu na czele śmiałków i wyrusza w bój przeciwko Hadesowi. "Starcie tytanów" to film fantasy łączący ze sobą wiele aspektów z mitologii greckiej oraz efektów specjalnych. Jeśli ktoś nie lubi któregoś z tych elementów jest ryzyko, że również nie polubi się z tym filmem. Osobiście może nie jestem zbyt wielką fanką produkcji gdzie jest aż zbyt dużo tandetnych efektów, lecz tutaj były one wykonane bardzo realnie i efektownie. Nie starano się robić z widza głupka tworząc jakieś idiotyzmy. Moim zdaniem stworzono film, który miał przyciągnąć miłośników ciekawie ukazanej tematyki bogów i półbogów. Pod tym względem jestem zadowolona, nawet na lekcjach języka polskiego czy historii najbardziej uwielbiałam te zagadnienia. A czy rzeczywiście fabuła zgadza się z prawdą? Nie mnie to oceniać, miałam po prostu ochotę na mile spędzony czas podczas seansu.
     Gra aktorska na przeciętnym poziomie. Może zmierzała ona ku wyższym standardom lecz nie jestem powalona na kolana pod tym względem. Jedynie podobała mi się w tym filmie postać głównego bohatera, Perseusza, w którego wcielał się Sam Worthington. Natomiast żeńskie role tutaj ginęły, nie było żadnej kobiety, która by w charakterystyczny sposób się wybiła na tle innych postaci.
     Osobiście nie żałuję, że udało obejrzeć mi się tę produkcję. Nie jest to może dzieło wybitne, abym każdemu kto się pojawi na mojej drodze kazała je obejrzeć, lecz całkiem przyjemnie się oglądało. Bardzo lubię tematykę jaką poruszał ten film, efekty specjalne nie były tragiczne. Jeśli ktoś również lubi te klimaty to polecam.
     Moja ocena: 7/10.
Related Posts with Thumbnails