niedziela, 13 sierpnia 2017

'Miłosna dieta' (Dieta mediterránea, 2009) - film




Sofia jest młodą żywiołową dziewczyną, która wychowała się w restauracji rodziców. Zamiast iść na studia i zostać żoną zakochanego w niej po uszy Toniego, chce być znanym i cenionym na całym świecie kucharzem. Początkowo trudno jej udowodnić swoje umiejętności, ale w realizacji planów pomaga jej Frank, z którym również łączy ją silne uczucie. Sofia chciałaby mieć rodzinę, ale pragnie też mieć sieć restauracji; chciałaby być z Tonim, ale jednocześnie nie chce rozstawać się z Frankiem. Czy uda jej się pogodzić marzenia z rzeczywistością?






     Film "Miłosna dieta" wpadł mi w oko już kilka miesięcy temu, tylko dość długo się za niego zbierałam. Wreszcie nastały te "lepsze czasy" i udało mi się go obejrzeć. Niestety chyba zbyt długi czas oczekiwania na seans sprawił, że nastawiłam się na bardzo dobre kino. Czy rzeczywiście to dostałam?
     Sofia przełamuje wiecznie trwające stereotypy, że tylko mężczyzna może być bardzo dobrym szefem kuchni. Wspiera ją w tym działaniu dwóch mężczyzn - Toni oraz Frank. Co z tego może wyniknąć musicie sami się przekonać. Przyznaję, że o dziwo, oglądało mi się ten film bardzo przyjemnie. Dla mnie jest to lekkie kino, idealne właśnie na taką pogodę jaką mamy za oknem - świeci słońce, a za pięć minut pojawiają się ciemne chmury i rozpętuje s burza ;). Osoby bardziej 'cnotliwe', którym przeszkadzają jakiekolwiek sceny erotyczne, czy nawet pocałunki, w trakcie oglądania tej produkcji mogą być zniesmaczeni. Pomimo ciekawie skonstruowanej fabuły, która wciąga widza już od pierwszych minut, nie poczułam się w pełni oczarowana. Chciałam czegoś jeszcze lepszego, czegoś co do mnie bardziej przemówi i zachwyci. Choć raczej pozytywnie odbieram ten film nie jestem pewna jak długo pozostanie w mojej pamięci, czy jeszcze pod koniec roku będę o nim jeszcze w stanie cokolwiek powiedzieć.
     Gra aktorska całe szczęście mnie nie zawiodła. Może aktorzy nie wypadli jakoś wspaniale, jednak nie mam im nic do zarzucenia. W moim odczuci odtwórcy głównych ról całkiem nieźle wcielili się w swoje postacie i dość przekonująco odegrali swoje role. Jestem na tyle ciekawa tych aktorów, że obejrzałabym jeszcze jakieś inne produkcje z ich udziałem, choć dość ciężko dostać u nas hiszpańskie filmy. Albo tylko ja nie potrafię odpowiednio szukać...
     Przyznaję, że sama nie jestem pewna co mam sądzić o tej produkcji. Choć mnie ona nie zawiodła i naprawdę dobrze mi się ją oglądało to na swój sposób czuję się w pewnym stopniu rozczarowana. Jeśli tematyka was interesuję to możecie sami się przekonać i dajcie znać jakie są wasze odczucia po seansie.
     Moja ocena: 6/10.

środa, 9 sierpnia 2017

"Tysiąc pocałunków" Tillie Cole

Wyobraź sobie, że otrzymujesz tysiąc małych karteczek i masz wypełnić je najpiękniejszymi momentami swojego życia… 
Jeden pocałunek trwa chwilę. Tysiąc pocałunków może wypełnić całe życie. 
Chłopak i dziewczyna. Uczucie powstałe w jednej chwili, pielęgnowane później latami. Więź, której nie był w stanie zniszczyć ani czas, ani odległość. Która miała przetrwać już do końca. A przynajmniej tak zakładali. Kiedy siedemnastoletni Rune Kristiansen wraca z rodzinnej Norwegii do sennego miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia, gdzie jako dziecko zaprzyjaźnił się z Poppy Litchfield, myśli tylko o jednym. Dlaczego dziewczyna, która była drugą połową jego duszy i przyrzekła wiernie czekać na jego powrót, odcięła się od niego bez słowa wyjaśnienia? 
Serce Rune’a zostało złamane, gdy dwa lata temu Poppy przestała się do niego odzywać. Jednak gdy chłopakowi przyjdzie odkryć prawdę, jego serce rozpadnie się na nowo. 
Opis książki






Autor: Tillie Cole
Tytuł oryginalny: A Thousand Boy Kisses
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Dyrek Katarzyna Agnieszka
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: romans
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 2016
Rok pierwszego wydania polskiego: 2017
Liczba stron: 440



     Książka "Tysiąc pocałunków" to tegoroczna nowość na naszym rynku wydawniczym, któ pokochało wiele czytelników. Skuszona pozytywnymi opiniami kupiłam ją i ja. Całe szczęście mam ją jedynie w postaci e-booka a nie wersji papierowej. Tak bardzo się nią zawiodłam, że cieszę się, że nie będzie ona mi zawalać miejsca na półce i w moim przypadku wystarczy jedynie kliknąć "usuń".
     Poppy i Rune. Ona nie mająca aż tak wielu bliskich przyjaciół a on wyglądający niczym bóg chłopak, z którym każda chciałaby być. Jeśli już przeczytało się chociaż jedną powieść typu Young Adult już od pierwszych stron powieści będziemy wiedzieć jak zakończy się ta historia. Oprócz pomysłu z tytułu nie ma tutaj nic co mogłoby zaskoczyć czytelnika. Moim zdaniem "Tysiąc pocałunków" jest takim bardzo nieudanym połączeniem "Gwiazd naszych wina" z "Zanim się pojawiłeś". Zerżnięcie pomysłów aż raziło po oczach, a sama realizacja tego tworu nie była udana. Przez znaczną część powieści czytamy tylko o tym jak to główni bohaterowie są w sobie zakochani i jak bardzo jest im przykro z powodu tego co się stanie, a przez resztę czasu tylko się całują. Jak dla mnie nie było tutaj zbyt wielu zaskakujących elementów fabuły. Doczytałam do końca z nadzieją, że jednak autorka jednak czymś mnie zaskoczy, stworzy jakąś historię której jeszcze nie znamy. Niestety jedyne co mi pisarka zafundowała to podniesienie ciśnienia tak nudną i przewidywalną powieścią. Odniosłam wrażenie, że jedynym planem była próba grania na emocjach czytelnika. Może w przypadku znacznie młodszych ode mnie osób się jej to udało - jednak ja, mając już ponad dwadzieścia lat, poczułam się w pewien sposób oszukana. Nie miałam zaczerwienionych oczu od płaczu nad losami bohaterów, nie przeżywałam z nimi tych ich wszystkich pocałunków - dla mnie one były zbyt... nijakie?
     Bohaterowie to w ogóle porażka. Jak dla mnie autorka w ogóle jakby nie starała się stworzyć wielowymiarowych postaci, które czymś nas zaskoczą, czy w jakikolwiek sposób je zapamiętamy. Wszystkie osoby z którymi mamy do czynienia na kartach tej powieści są stworzeni na jedno podobieństwo. Nikt się niczym szczególnym na tle innych nie wyróżnia, wszyscy są prawie tacy sami.
     Styl autorki - o ile fani tej powieści nie mieli jeszcze ochoty mnie zlinczować przy poprzednich akapitach to tutaj już na pewno to zrobicie. Moim zdaniem lepiej już pociągnęła swoją historię E L James w "Pięćdziesięciu twarzach Greya" [a większość z nas wie jak źle tam było] niż tutaj Tillie Cole. To jak autorka tutaj pisała te wszystkie pseudo głębokie wynaturzenia bohaterów wołało według mnie o pomstę do nieba.
     Wydanie elektroniczne to chyba najlepszy element całości tej pozycji. Zostało ono schludnie zrobione i nie raziło żadnymi literówkami. Kolejnym plusem jest fakt, że bardzo łatwo jest się pozbyć tej powieści ze swojego czytnika. Całe szczęście kupiłam na promocji, za dużo niższą cenę niż sugerowana, choć po przeczytaniu stwierdzam, że nawet dziesięć złotych za to coś jest zbyt wysoką opłatą.
     Ja jestem ogromnie zawiedziona tą książką i pewna tego, że nigdy więcej do niej nie powrócę. Nie potrafię zrozumieć fenomenu tej powieści i czym ludzie się zachwycają. Przecież większość wątków już gdzieś wcześniej była, i nie ma tutaj nic nowego i odkrywczego - dostajemy tylko perfidnie zerżnięte od innych pomysły, nieudolnie zlepione w jedno.
     Moja ocena: 3/10.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

'Pamiętaj o niedzieli' (Remember Sunday, 2013) - film





Gdy samotna i mająca złą passę kelnerka, Molly (Alexis Bledel), poznaje przystojnego Gusa (Zachary Levi) jest przekonana, że w końcu znalazła odpowiedniego mężczyznę. Jednak Gus wydaje się być rozkojarzony i zaabsorbowany. Okazuje się, że od kiedy mężczyzna cierpi z powodu tętniaka mózgu, stracił pamięć krótkotrwałą. Każdego dnia jego życie zaczyna się na nowo. Codziennie gdy widzi Molly usiłuje przypomnieć sobie kim ona jest i zakochać się w niej na nowo.







     Niedawno obejrzałam najnowszy 'sezon' mojego z jednych ulubionych seriali, czyli "Kochane kłopoty: Rok z życia". Nabrałam przez niego ochoty na obejrzenie innych produkcji z aktorami, którzy w nim grali. Mój wybór padł na "Pamiętaj o niedzieli" z Alexis Bledel w roli głównej.
     W pewnych okolicznościach, dość sztampowych i przewidywalnych, Gus oraz Molly spotykają się ze sobą. Prawdopodobnie brzmi to bardzo infantylnie i gdybym sama usłyszała to zdanie o tym filmie, to od razu bym straciła zainteresowanie. Jednak to jak producenci pociągnęli wątek tych dwojga okazał się strzałem w dziesiątkę. Całe szczęście nie jest to kolejna nic nie wnosząca komedia romantyczna, a dający do myślenia melodramat. Historia dwójki bohaterów w bardzo przystępny, lecz nieoczywisty sposób, ukazuje jakie mogą być relacje pomiędzy ludźmi w trudnych chwilach. Mamy tutaj miłość, próby jej uchwycenia, pomimo choroby, która nie ma dobrych rokowań na przyszłość. Pomimo tego wątku, który wiele osób ma chyba dość, nie zniechęcajcie się. Film jest na tyle dobrze i ciekawie zrealizowany, że można się zaskoczyć, że jest jeszcze inny sposób na jego przedstawienie.
     Gra aktorska - moim zdaniem aktorzy wcielający się w głównych bohaterów podołali zadaniu i wykreowali swoje postacie bardzo dobrze. W intrygujący sposób przedstawili emocje, które targały postaciami. Rozczarowana jestem natomiast grą Merritt Wever, która wcielała się w postać Lucy, siostry Gusa. Niestety było wiele scen z jej udziałem, gdzie przeszkadzała mi jej gra. Miałam nadzieję, że w przypadku tego filmu nie będę zmuszona napisać, że jestem zawiedziona którymkolwiek z aktorów, jednak wyszło jak wyszło...
     Przyznaję, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą produkcją. Co prawda miałam nadzieję na dobry film, choć po opisie nie byłam pewna tego co mogę dostać. Nie jest to może wybitne dzieło nad którym usłyszycie same "ochy i achy", lecz ja zamierzam kiedyś do niego jeszcze powrócić. Wydaje mi się, że jest to jeden z tych filmów, które mogę docenić jeszcze bardziej przy kolejnym obejrzeniu. Jeśli jeszcze go nie widzieliście to zachęcam do jego nadrobienia. 
     Moja ocena: 7/10.

czwartek, 3 sierpnia 2017

"Myszy i ludzie" John Steinbeck




George Milton i Lennie Small to niezwykły tandem przyjaciół. George jest silnym mężczyzną, a podążający w ślad za nim Lennie – upośledzonym gigantem o umysłowości małego dziecka. Niezdarny i nieświadomy własnej siły fizycznej, nie potrafi dostosować się do społecznych norm i co chwila sprowadza na siebie i George’a mniejsze lub większe nieszczęścia. Nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, przyjaciele przemierzają pogrążone w Wielkim Kryzysie Stany w poszukiwaniu zarobku i akceptacji. Ich marzeniem i celem, do którego dążą, jest własna farma, na której mogliby wspólnie hodować króliki. 
Opis książki







Autor: John Steinbeck
Tytuł oryginalny: Of Mice and Men
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Batko Zbigniew
Kategoria: Literatura piękna
Gatunek: literatura zagraniczna
Forma: powieść
Rok pierwszego wydania: 1937
Rok pierwszego wydania polskiego: 1948
Liczba stron: 120



     O książce "Myszy i ludzie" usłyszałam na jednym z kanałów na Youtubie. Całe szczęście polski booktube to nie tylko nowości czytelnicze i książki recenzenckie. Można również znaleźć przeróżne perełki wydawnicze, które mogą zainteresować czytelnika. Opinia z którą się zetknęłam była dla mnie na tyle intrygująca, że zakupiłam swój własny egzemplarz i zabrałam się za czytanie. Jaki jest efekt? Przekonajcie się sami...
     George i Lennie to dwaj przyjaciele, którzy różnią się pod każdym względem. Ich losy przedstawione zostały w bardzo krótkiej powieści, lecz nie mogę napisać, że nie były one interesujące. Jestem pod ogromnym wrażeniem jak autorowi udało się na tak małej liczbie stron przekazać tak bardzo emocjonującą i intrygującą fabułę, która może wbić w fotel czytelnika. Przy tej powieści ciężko jest mi opisać coś więcej, aby nie zdradzić za dużo z tego co możemy znaleźć na jej stronach. Mogę jedynie napisać, że rzeczywiście warto po nią sięgnąć i na raz pochłonąć treść, która pozostanie z nami na długo.
     Bohaterowie o dziwo bardzo dobrze wykreowani. Pomimo, że nie mamy tutaj obszernych opisów postaci to jednak możemy je bardzo dobrze poznać. Osoby występujące na kartach tej powieści wywołać w nas przeróżne emocje, niektórzy na pewno poczują irytacje, inni zaś mogą pokochać wszystkich i wszystko co żyje. Osobiście mam dość spory mętlik w głowie i ciężko mi ocenić poczynania bohaterów.
     Styl pisania autora bardzo dobry w odbiorze. Pomimo, że książka powstała dość dawno nie czułam aby była ona stworzona jakimś przedziwnym sposobem. Nie wiem na ile to zasługa autora a na ile tłumacza, jednak czytało mi się tę powieść bardzo lekko, choć tematyka powinna dać nam do myślenia. Wydanie tej książki bardzo sensownie zrobione. Znów przyczepię się do klejonych stron, jednak pozostałe elementy tworzyły całkiem przyjemną dla oka całość.
     "Myszy i ludzie" to moje pierwsze 'spotkanie' z twórczością autora, jednak sądzę, że nie będzie ono ostatnie. Z wielką chęcią sięgnę po inne powieści pisarza, które są u nas dostępne na rynku. Mam nadzieję, że będą równie dobre, a nawet lepsze od tej pozycji. A jeśli ktoś z Was jeszcze nie zna tej książki to gorąco polecam nadrobienie :).
     Moja ocena: 7/10.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Stosik książkowy 7/2017

Kolejne nowe książki do mnie przybyły :D. Teoretycznie chyba można by mnie już zacząć leczyć, jednak mam nadzieję, że nikomu tymi książkami krzywdy nie zrobię. Przynajmniej taką mam nadzieję...

Oto książki, które kupiłam w wersji papierowej:
 

"Przerwana lekcja muzyki" Susanna Kaysen
"Dobry ojciec" Diane Chamberlain
"Opowieść podręcznej" Margaret Atwood
"Głębia Challengera" Neal Shusterman [RECENZJA]
"Koralina" Neil Gaiman


Teraz czas na e-booki:


"Gniew i świt"
"Najdłuższa noc"
"Nie wszystko zostało zapomniane"


sobota, 29 lipca 2017

'Kochane kłopoty: Rok z życia' (Gilmore Girls: A Year in the Life, 2016-) - serial


Historia rozpoczyna się 4 miesiące po pogrzebie Richarda. Emily nie radzi sobie z żałobą. Lorelai jest szczęśliwa w związku z Lukiem. Rory jest bezrobotna i szuka pomysłu na siebie. 




     W zeszłym roku obejrzałam po raz kolejny "Kochane kłopoty". Jest to mój jeden z ulubionych seriali do których uwielbiam powracać. Ogromnie ucieszyłam się gdy zobaczyłam informację o tym, że postanowili nakręcić 'kolejny sezon'. Jednak dopiero niedawno udało mi się wreszcie obejrzeć "Kochane kłopoty: Rok z życia".
     W nowym sezonie poznajemy dalsze losy Gilmorek, które nadal po latach potrafią zachwycać. Cały rok z życia bohaterek, gdzie każdy odcinek został przypisany konkretnej porze roku. Całe szczęście odcinki trwały półtorej godziny, a nie standardowo około czterdziestu pięciu minut. Pomimo mojej dużej radości na kolejne wątki z moimi ulubionymi bohaterkami, miałam pewne obawy czy producenci będą w stanie jednak utrzymać dobry poziom. Pierwszy odcinek, a właściwie jego pierwszą połowę, oglądałam z pewnym przerażeniem, gdyż nie mogłam wkręcić się w przedstawianą historię. Odniosłam wrażenie, że niestety osoby odpowiedzialne za produkcję nie udźwignęli tego ciężaru i nie potrafili już oddać tego klimatu z wcześniejszych odcinków. Całe szczęście wreszcie udało mi się załapać ponownie bakcyla i wkręciłam się w historię. Fabuła wreszcie zaczęła się rozkręcać i byłam w stanie z ogromną przyjemnością spędzić czas podczas oglądania.
     Gra aktorska jak zwykle wyśmienita. Wszystkie aktorki wcielające się w Gilmorki stanęły na wysokości zadania i mnie nie zawiodły. Po obejrzeniu tego serialu nabrałam ochoty na zobaczenie ich w innych produkcjach, aby mieć lepsze porównanie. Zabrakło mi jedynie Melissy McCarthy, wcielającej się w postać Sookie, której było tutaj stanowczo za mało. Dopiero pod koniec mogliśmy znów ją zobaczyć w tym serialu. Z męskich roli chyba nadal najbardziej lubię postać Michela, w którego wcielał się Yanic Truesdale. Zagrał on na tyle charakterystyczną postać, że pozostanie ona na długo w mojej pamięci.
     Nie żałuję, że poświęciłam swój czas na obejrzenie tego sezonu, choć nadal czuję pewien niedosyt. Pozostaje mi tylko liczyć, że może powstaną kolejne odcinki, lecz nie jestem pewna czy w tym przypadku nie będzie czegoś typu "co za dużo to niezdrowo" i po prostu tego nie popsują. Jeśli jeszcze ktoś z Was jest fanem serialu "Kochane kłopoty", tak jak ja, a jeszcze nie widział tych nowych odcinków, to gorąco polecam ich nadrobienie.
     Moja ocena: 8/10.

wtorek, 25 lipca 2017

'Masz wiadomość' (You've Got Mail, 1998) - film






Manhattan, czasy współczesne. Dwoje nieznanych sobie ludzi pracuje w tej samej branży. On jest właścicielem sieci księgarń obejmujących całe miasto, ona jest właścicielką niewielkiego lokalu, gdzie sprzedaje się książki dla dzieci. Zgodnie z zasadą konkurencji są wrogami. Ale któregoś dnia nawiązują przypadkowy kontakt przez internet - tak rodzi się wzajemna sympatia. 








     Dawno dawno temu, prawie tuż po premierze, jeszcze jako szkolny dzieciak, obejrzałam po raz pierwszy "Masz wiadomość". Później znów kilkukrotnie widziałam tą produkcję. Jednak od dłuższego czasu nie miałam okazji aby przypomnieć sobie ten film, więc postanowiłam ponownie zasiąść przed ekranem i zatopić się w tej komedii romantycznej.
     On i ona, w życiu realnym wrogowie, a w świecie wirtualnym zaczyna łączyć ich pewna głębsza więź. W przypadku tak znanych produkcji zastanawiam się czy jest sens pisać coś więcej. O ile ktoś już widział to wie o czym jest ten film, a jeśli jeszcze seans przed Wami to nie zamierzam Wam więcej zdradz i psuć radości z oglądania. Osobiście mam wrażenie, że te starsze produkcje z tego gatunku są pociągnięte w dużo ciekawszy sposób. Pomimo, że nie przepadam za komediami romantycznymi, tak w tym przypadku nie było aż tak bardzo irytujących momentów, które by mnie mocno drażniły. Fabuła tego filmu nie grała mi tak mocno na nerwach, a nawet całkiem przyjemnie mi się ponownie do niego powróciło.
     Gra aktorska - uwielbiam dwójkę głównych aktorów, więc moja ocena na pewno nie będzie obiektywna. Zarówno Tom Hanks jak i Meg Ryan zagrali według mnie bardzo dobrze. Zapewne są filmy w których wypadli dużo lepiej, lecz, może przez sentyment, nie potrafię napisać nic złego na temat kreacji bohaterów w tej produkcji.
     Gdybym pisała tę opinię tuż po pierwszym zobaczeniu filmu "Masz wiadomość" ocena byłaby na pewno dużo wyższa. Jednak i tak, według moich standardów komedii romantycznych, ocena jest nadal bardzo wysoka. Sądzę, że nie raz powrócę do tej produkcji. Żałuję jedynie, że nie robią już takich dobrych, na poziomie, tego typu filmów.
     Moja ocena: 6/10.
Related Posts with Thumbnails